Cały zeszły tydzień spędziłam na zwolnieniu lekarskim, ale nie musicie się martwić, że wraz z moją nieobecnością w pracy zabraknie mi tematów do dzisiejszego wpisu, albowiem ja wiodę tak oszałamiająco ciekawe życie, że mnie tematów nigdy nie zabraknie. Na przykład ostatnio postanowiłam urozmaicić sobie czas w taki sposób, że poprosiłam o poradę kolegę Internet i właśnie w ten sposób dowiedziałam się, że moje życie jest całkowicie pozbawione sensu, wszystko robię źle, jestem Żydem i to jeszcze na dodatek Żydem z małym penisem, ale szczęśliwie na ten ostatni problem użytkownik SweetJoe1994 posiadał lekarstwo w sensie całkiem dosłownym, więc jakby ktoś potrzebował, to służę linkiem do strony, gdzie owy magiczny preparat na porost penisa można kupić, a trzeba Wam wiedzieć, że jest to produkt całkowicie bezpieczny, przebadany przez amerykańskich naukowców, i uwiarygodniony zdjęciami i listami od zadowolonych klientów. Generalnie to z tego wszystkiego tylko ja jestem zadowolona odrobinę mniej, a to dlatego że wciąż nie uzyskałam od Internetu odpowiedzi na swoje pytanie, a mianowicie: czym można zastąpić mąkę ziemniaczaną w kluskach śląskich?

Muszę Wam powiedzieć, że to doświadczenie bliskiego obcowania z Internetem nauczyło mnie wiele o życiu, na przykład tego, że czasem lepiej pozbyć się kuchennych ambicji i zamiast klusek ugotować ryż. Jeśli zaś chodzi o kolegę Internet to mam pewne podejrzenia, że owy kolega – odwrotnie niż ja – nie otrzymał jeszcze nowej, uaktualnionej wersji uczelnianego zarządzenia o godności osobistej i wzajemnym szacunku, choć mnie osobiście trudno jest odnieść się do tego zarządzenia z jakimkolwiek szacunkiem, zważyszy że zostało ono w całości napisane czcionką Comic Sans. Tak czy siak, owy 25-stronicowy dokument poinformował mnie, że od dzisiaj (tu cytat) persistent identification of one person ‘as a joke’ to jest mobbing i nadużycie, nie wyjaśnił jednak czy uporczywe określanie różnych decyzji uniwersyteckich ‘as a joke’ to też jest nadużycie, a to mnie akurat bardzo interesuje.

Głównie dlatego, że gdyby stworzyć ranking słów, które najczęściej wypowiadam w pracy, to najpewniej byłby to zwrot: chyba żart, oczywiście zaraz po: czas na przerwę i jeszcze: nie. Czasem gdy tak sobie czytam te wszystkie rozporządzenia, to zastanawiam się komu właściwie na tej uczelni zleca się podejmowanie wszystkich kluczowych decyzji. Z czasem nabieram coraz realniejszych podejrzeń, że jest to owca. Takie wnioski wyciągnęłam po przeanalizowaniu logiki kilku ostatnich uczelnianych postanowień, z przydziałem zajęć na czele. Na przykład w zeszłym roku zajęcia o farmerstwie w Irlandii w XIX wieku prowadziła dwójka ludzi-Polaków, jedna Greczynka i jeden Nigeryjczyk, z czego nikt z nas o irlandzkim farmerstwie nie miał zielonego pojecia, łącznie z tym, że jedno z nas nie było nawet w stanie wypowiedzieć po angielsku słowa CEREALS (ok, to byłam ja). Ale wiem, co sobie teraz myślicie – że to trzeba być idiotą, żeby zakładać, że najważniejsze decyzje w poważnej jednostce naukowej są podejmowane przez owcę. No więc ja się całkowicie zgadzam, ja nie mam żadnych wątpliwości, że władze uniwersytetu – całkowicie świadome ograniczeń wynikających z bycia owcą – przydzielili jej jakiegoś asystenta. Najpewniej jest to koza.

smiling-goat-and-sheep

Przy pracy. Owca z Kozą ustalają przydział zajęć na rok 2014/2015.

Osobiście uważam, że taki duet organów decyzyjnych ma głęboki sens pijarowy, bo za każdym razem, gdy dostaję maila, który stanowi, że w tym miesiącu koniecznie muszę wziąć udział w szkoleniu z poprawnego siedzenia na krześle, w celu zapobieżenia śmiertelnym wypadkom wynikającym ze złego siedzenia na krześle, to wtedy przypomninam sobie o tym, kto tę decyzję podjął i od razu mi lepiej, no bo kto by się tam gniewał na owcę. Nie da się jednak ukryć, że istnieją również takie sytuacje, w których nie sposób zwalać winę na owczego asystenta, bo mechanizmy podejmowania niektórych decyzji są powszechnie znane. To oznacza mniej więcej tyle, że istnieje na przykład taki najgorszy przedmiot na świecie, którego nikt nigdy nie chce uczyć, więc co roku uczy go ta osoba, która najbardziej podpadnie mojemu szefowi, co oznacza mniej więcej tyle, że uczę go bez przerwy od trzech lat.

Ok, wszyscy mieliśmy taki przedmiot na studiach – taki, który nie miał absolutnie nic wspólnego z naszym kierunkiem, ale z jakiegoś powodu owca uznała za konieczne, by znalazł się w naszym planie zajęć. Studenci budownictwa na politechnice – filozofię, studenci filozofii na uniwersytecie – budownictwo, studenci hodowli szynszyli na Wyższej Szkole Żonglowania Ryżem – malunki i wyklejanki. Oczywiście wyjątkiem są tutaj studenci pedagogiki, w przypadku których żaden przedmiot nie ma najmiejszego sensu. No więc ja też od trzech lat uczyłam właśnie takiego przedmiotu, który nie pełnił w życiu moich studentów absolutnie żadnej istotnej funkcji i na którym studenci zawsze zadawali mi jedno i to samo pytanie:

bonus points if i care
co było dość zabawne, bo ja zawsze chciałam ich spytać dokładnie o to samo.

Wyobraźcie więc sobie moje zdumienie, gdy spojrzałam na przydział zajęć w nowym semestrze i zobaczyłam, że owego przedmiotu będzie uczył ktoś inny. Spytałam mojego szefa czy mam przez to rozumieć, że postanowił mnie już przestać dręczyć, a on powiedział, że on mnie nigdy nie dręczy, a ja powiedziałam, że jak ostatnio przydzielał nam trenerów osobistych, to mnie przydzielił najbrzydszego na całej siłowni, więc jak to nie jest definicja dręczenia, to ja już nie wiem co nią jest, a on na to powiedział, że on nie wie, bo z naszej dwójki to ja jestem specjalistką od gnębienia innych i jeszcze, że jak kiedyś postanowię wydać na ten temat książkę, to on chętnie mi wystawi referencje. A potem powiedział, że postanowił mi zabrać ten przedmiot dlatego, że wykłady odbywają się wieczorami, a ja przecież wszystkie wieczory mam zajęte, a ja powiedziałam, że przecież nie mam wszystkich wieczorów zajętych, a on powiedział, że to się doskonale składa, w takim razie w dwa wieczory w tygodniu zaprasza mnie na treningi dla nauczycieli.

Jak amator, Janina, jak amator. Oczywiście każdy przeciętnej inteligencji pies w pewnym momencie by załapał, że w tej słodkiej parówce wolnych wieczorów ukryta jest jakaś gorzka tabletka, ale ja nie jestem przeciętnej inteligencji psem i właśnie tym sposobem w zeszłym tygodniu byłam na pierwszym treningu dla nauczycieli. Prowadzi go taka pani, która już od samego początku wzbudziła moją nieufność, albowiem jest życzliwie nastawiona do świata i ludzi. Potem okazało się, że jest jeszcze gorzej, bo pani oprócz tego, że jest życzliwa to jeszcze na dodatek posiada coś, o czym co prawda kiedyś słyszałam, ale z reguły staram się tego unikać jak cukru w diecie, to jest: entuzjazm. Pani zaczęła zajęcia tak, że kazała nam wymienić cechy, które sprawiają, że jesteśmy świetnymi nauczycielami. I am passionate! – powiedziała pani po mojej prawej stronie. I am enthusiastic! – powiedziała po lewej. I am dedicated! – powiedziała ta za mną. I am in hell – pomyślałam sobie, ale nie powiedziałam tego na głos, bo na głos powiedziałam tylko tyle, że to wszystko to są przecież synonimy, więc chyba nie po to zgromadziliśmy się tutaj w poniedziałkowy wieczór, żeby powymieniać się znajomością synonimów, ale pani mnie nie słyszała, bo była już zajęta przygotowywaniem piłeczki, którą mieliśmy do siebie rzucać i mówić z jakim zwierzęciem kojarzy nam się nasze imię. Ok, ja potrafię docenić dobre posunięcie przeciwnika. Mój szef jest geniuszem zła.

Za obrazek owcy i kozy dziękuje stronie o roli owcy we współczesnym społeczeństwie. Za synonimy do słów: rozporządzenie i dręczyć dziękuje naszemu czytelnikowi Markowi. Marek bardzo lubi nas czytać, głównie po to, żeby po każdym wpisie poinformować mnie, że nie umiem używać zaimków wskazujących. Marka co prawda niewiele rzeczy cieszy w tym brutalnym świecie źle użytych zaimków, ale – jak sam mówi – dużo radości sprawia mu “szukanie synonimów jak świnia trufli”. Odnoszę się do tego z dużym zrozumieniem. Marku, podaj tylko numer telefonu na który trzeba wysłać SMS-a żeby Ci pomóc. Wyślę trzy!