Dostałam zadanie, żeby nakręcić dla Was film, no i pomyślałam sobie, że w to w sumie trudne zadanie, bo teraz wszyscy kręcą filmy – Pedro Almodovar kręci, Martin Scorsese kręci, Steven Spielberg kręci… Jak tu się wyróżnić, jak tu się wyróżnić? Wymyśliłam! Dzwonię do koleżanki, pytam, czy mi wypożyczy swojego labradora do filmu, a ona mi na to mówi, że może mi nawet wypożyczyć dwa, a potem jeszcze oddzwoniła chwilę później i powiedziała, że załatwiła mi trzy. Tak jest – nie jednego, nie dwa, ale TRZY LABRADORY. Mam nadzieję, że się jaracie, bo nakręcenie filmu z trzema labradorami jest szalenie skomplikowane, musiałam się nasmarować kiełbasą, by zdobyć ich miłość i uwagę, tyle dobrego, że na mojego męża też to zadziałało, więc w sumie to upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu.

Więc generalnie to miałam szalenie pracowity weekend, bo po pierwsze to okazało się, że na terenie Dublina działa wypożyczalnia labradorów, gdzie można sobie wypożyczyć labradora albo trzy do miziania za uszami (!!!), a ponadto okazało się, że tak naprawdę to nie umiem wypowiedzieć słowa “labrador”, więc w pewnym momencie byłam już tak zdesperowana, że planowałam zacząć mówić o pudlach i liczyć na to, że nikt się nie sczai, że to nie ta rasa.

I dziś, proszę bardzo, oto jestem – ja, Wasz ptyś polskiej sztuki filmowej, czyli niby wszyscy lubią, ale jak przychodzi co do czego, to nikt nie chce przyznać mu Oscara. Występuję dla Was z trzema labradorami, które to labradory symbolizować mają bycie labradorem. Z góry przepraszam, że tam w pewnym momencie tego filmu traci się ostrość, ale to dlatego, że tam było tyle gwiazd w kadrze, że obiektyw nie mógł się zdecydować na kogo patrzeć.

Oglądamy, a potem klikamy tu i zostajemy kropką:  https://wspieram.to/wosp

(Ustawcie sobie wersję HD, to wtedy labradory będą bardziej puchate)