Z licznych profesji, którymi trudnię się w życiu, wciąż najbardziej cieszy mnie pluszowa rozkosz pedagogicznego spotkania, ten moment niemal mistyczny, kiedy to spragnione studenckie umysły łapczywie pożądają kropel z dydaktycznego strumienia i wyciągają ku nim gliniane naczynia własnej ciekawości, oni tak wybiegają na te akademickie pastwiska jak owce na pierwszą wiosenną trawę po zimie, dech im zapiera na widok tych wszystkich świeżych pąków statystycznych faktów, owoców spuchniętych od słodkiego nektaru teorii, nieśmiałych przebiśniegów pierwszej estymacji odchyleń standardowych.

I oto jestem ja wśród tych intelektualnych jagniątek pierwszego roku studiów, urodzonych – tak swoją drogą – w roku 2000, co nie ma zupełnie związku z tą historią, ale bardzo chciałam Wam o tym napisać, na wypadek gdybyście wciąż jeszcze sypiali w łóżkach, a nie w trumnie jak każdy stary człowiek, co zasypia tuląc się do gromnicy, na poduszce zrobionej z własnego testamentu.

I ja najbardziej lubię ten moment, kiedy to maluję im oszałamiające pejzaże naszej wspólnej uczelnianej drogi, cierpliwie opisuję wszystkie piękne miejsca statystycznych wzruszeń, które odwiedzimy, precyzyjnie plotę finezyjny ścieg równań, teorii i współczynników, które na końcu ułożą się w obezwładniająco piękny kształt statystycznego wnioskowania. No, bardzo lubię ten moment, on zawsze mnie wzrusza, już pod koniec tej opowieści to ja łzy przełykam, emocje to mam wyrysowane na policzkach jakby grubym mazakiem, ja tak opowiadam i potem zawsze jest ten jeden moment, kiedy ktoś ma pytanie, i ja przerywam na chwilę ten brawurowy sonet statystycznych wzruszeń, ja zwalniam na chwilę przyśpieszone bicia słuchających mnie serc, rzeczywiście już mówię godzinę, więc może czas na piękną kropkę nad tym koronkowym zdaniem, a wtedy ten człowiek mówi, że on bardzo przeprasza, ale musi wiedzieć – w jednym semestrze, to ile można mieć nieobecności?