Mam w sobie głębokie przekonanie, że gdybym tylko nie była tak leniwym człowiekiem, to mogłabym osiągnąć w życiu rzeczy wielkie. Dla przykładu to w zeszłym roku miałam zakończyć swoją akademicką karierę w dotychczasowej instytucji, przez trzy miesiące wszystkim o tym opowiadałam, mój szef już już balony dmuchał na moje przyjątko pożegnalne, już ślusarza zamówił, żeby zamki wszędzie wymienił, żebym przypadkiem kiedyś nie wróciła, a ja potem taka się poczułam zmęczona samą myślą o tym, że muszę spakować wszystkie swoje rzeczy, że podpisałam dokumencik, że a dobra, jeszcze trochę zostanę. A chwilę potem jeszcze jeden. I jeszcze jeden. Dokładniej rzecz ujmując, to dnia dzisiejszego po raz czwarty, CZWARTY, napisałam do pani w HR, że ja co prawda w ten piątek to miałam sobie pójść na zawsze, ale jednak sobie nie pójdę. Znaczy czaicie, ja jestem taka leniwa, że nawet z roboty nie chce mi się odejść.


Ale na przykład w ostatni piątek to ja miałam jakiś przypływ sił nadludzkich i postanowiłam zostać Janiną 2.0., człowiekiem-samorealizacją, bestią rozwoju osobistego, albowiem ja tak sobie leżałam w dresie na kanapie i piłam wino, a pani na jutjubie mi opowiadała jak zmobilizować się w życiu do rzeczy wielkich. Generalnie to powiem Wam, że miałam wrażenie, że ta mowa motywacyjna to tak nie za bardzo działała, ale to też może dlatego, że przegapiłam jej pierwsze kilka minut, bo musiałam zadzwonić do męża, który był w drugim pokoju, powiedzieć mu, że ja właśnie oglądam wykład motywacyjny i czy mógłby mi przynieść wino, bo nie chce mi się po nie wstać.

Żeby jednak oddać sprawiedliwość to powiem, że następnego dnia rano okazało się, że jednak ten kołczing to przyniósł pewne efekty, bo pal licho, że dnia poprzedniego ja wraz ze swoim kolegą Wino postanowiłam odmienić swoje zawodowe życie pangi biznesu – ja nawet zdążyłam naszkicować biznesplan i przeprowadzić wstępne badania rynku w postaci wiadomości wysłanej do szeregu moich znajomych, która brzmiała:

“Ile byłbyś w stanie zapłacić za mój webinar o tym, jak wstaję z kanapy?”.

A potem to było jeszcze gorzej, ta karuzela samorozwoju w ogóle nie chciała się zatrzymać, bo ja spojrzałam za okno i pomyślałam sobie, że mój boże, taka ładna pogoda, słońce świeci, może ja bym dzisiaj coś porobiła (COŚ POROBIŁA!), na przykład poszła na spacer (POSZŁA NA SPACER!)? Nawet przebierać się za bardzo nie musiałam, bo dość ironicznym zbiegiem okoliczności jest, że – jak przystało na człowieka, który od prawie 30 lat unika sportu – większość swojego życia spędzam w dresie. A potem to z tego rozpędu aż adidasy ubrałam i poszłam oznajmić mężowi, że idę na spacer.

Wojtek, idę na spacer – powiedziałam, a Wojtek spojrzał na mnie uważnie, bardzo był skonfundowany, i ewidentnie było widać, że nie do końca rozumie, co tu się właśnie wydarzyło.

On patrzył na mnie i oczy miał jak pięć złotych, w nim nie było ani grama złośliwości, on po prostu bardzo starał się zalepić sobie w mózgu ten krater dysonansu poznawczego, który powstał na skutek mojej spacerowej deklaracji, on ewidentnie był zdziwiony, zupełnie jak człowiek, który idzie do ZOO i patrzy, że aha, opos, a tymczasem na klatce jest napisane, że oto mamy do czynienia z rzadkim gatunkiem niedźwiedzia i człowiek patrzy, i nic nie rozumie, niby widać, że opos, a piszą, że niedźwiedź i w końcu to taki człowiek myśli sobie, że łohoho, pani niedźwiedzico, to chyba było o jedno martini za daleko, bo z kimkolwiek igraszkowałaś na parapetówce u pana małpy, to to na pewno nie był niedźwiedź.

– Idę na spacer – powtarzam, a Wojtek myśli, rozważa, próbuje zrozumieć, w końcu znalazł jedyne sensowne wyjaśnienie tej sytuacji, pyta:

– A tak na serio?

Boże mój, człowiek chce odmienić swoje życie, wykafelkować kuchnię swojej rzeczywistości sukcesem i triumfem, a tu własna rodzina nie chce uwierzyć w jego własny heroizm.

– Na serio idę na spacer – zapewniam Wojtka znowu.

Niezrozumienie na twarzy mojego męża tylko się pogłębiło. Zdecydowanie oto była jedna z najdziwniejszych rzeczy, jaka mu się kiedykolwiek przydarzyła w życiu, przynajmniej od czasu, jak dowiedział się, że ta twarda gruszka z cellulitem to tak naprawdę jest awokado.

– Znaczy… – dalej próbował zrozumieć – …na spacer po domu?

Tak, dokładnie tak, Kitku. Ponieważ wciąż nie chcą nam wybudować połączenia tramwajowego na linii sypialnia-kuchnia, to ja włączam endomondo za każdym razem, gdy idę po kabanosa do lodówki. A czasem jeszcze celowo sięgam po musztardę na najniższej półce, bo wtedy zlicza przysiady.

***

Jeszcze w kwestii tej parapetówki u pana małpy, to aż się prosi:

(oryginalny komiks o misiach jest autorstwa Vectora Belly)