Człowiek-algorytm w krainie wyprzedaży

Wpis powstał we współpracy z marką Limango

 

Generalnie to jest tak, że w miłych okolicznościach zakupów mój mąż-linijka, człowiek-algorytm, zmienia się w taką a owszem, wciąż linijkę, niemniej taką linijkę lekko rozochoconą jeśli chodzi o wszelkie promocje. Ja go wypuszczam do sklepu i tłumaczę mu, że kupić ma jedynie chleb, mleko i masło (bo kto bogatemu zabroni), a on wraca z drewnianym flamingiem naturalnych rozmiarów i jeszcze suszarką do ziół i herbaty, a zapytany co niby zamierza nią suszyć, skoro – o ile pamięć mnie nie myli – chwilowo nie jesteśmy jeszcze potentatami herbacianej plantacji, on mówi, że to się wspaniale składa że pytam, albowiem akurat kupił na promocji małą sadzonkę paragwajskiego ostrokrzewu, no i przy okazji alpakę.


Szczęśliwie w takich trudnych chwilach bardzo pomaga mi ta miła cecha, jakobym była geniuszem zarządzania małżeństwem.

To znaczy – przynajmniej przez chwilę.

I teraz myślicie, że jeśli chodzi o zakupy, to nic gorszego nie może mnie spotkać nad tę solniczkę w kształcie oposa, widelec który udaje miecz świetlny, ewentualnie fontannę ogrodową, która gra kołysanki, ale nie, jest coś, co mnie w zakupach z moim mężem chłoszcze sto razy bardziej od namiętnie kupowanych rzeczy absolutnie zbędnych i to jest  ten moment, kiedy ja z Wojtkiem muszę do tego sklepu iść.

Generalnie rzecz ujmując, to zakupy z moim mężem to stres większy niż jakbym się przebrała za antylopę i przeszła się po afrykańskich stepach, ewentualnie przebrała za kromkę chleba i przeszła po akademiku. Trasę wszelkich zakupów z Wojtkiem wyznaczają twarde prawa arytmetyki, geometrii i geodezji, ale to nie jest tak, że ja z tego faktu szydzę, dajcie spokój, przecież nie jesteśmy jakimiś hipisami, żeby iść do supermarketu bez wcześniejszego wyznaczenia najbardziej optymalnej kartograficznie trasy. Każda sklepowa alejka musi zostać przemierzona w odpowiedniej, stałej kolejności, a jakiekolwiek próby uników lub zejścia z zaplanowanej trajektorii będą natychmiast wychwytywane, o nie, nie, nie, to nie ma tak, że jeśli przyszliśmy do tego sklepu tylko po majonez, to tak po prostu zrezygnujemy z rozkoszy spaceru po alejce z najnowszą kolekcją mopów.

Więc my tak chodzimy po tych alejkach po ściśle określonym kursie, a już w połowie tego spaceru dzwoni do mnie biuro obsługi klienta Endomondo, żeby mi powiedzieć, że odnotowali dziwną aktywność na moim koncie, to jest – jakąkolwiek aktywność. A potem wracam do domu i jestem wykończona, w sumie nie wiem czym bardziej – tym maratonem konsumpcjonizmu i rabatów, czy też targaniem ze sobą glinianego poidełka dla ogrodowych wróbli.

Bo widzicie, zakupy są trochę jak takie spodnie dresowe rzeczywistości – można je wykorzystać dwojako. Mogą dać nam rozkosz kanapowego życia i wypanierować w słodkiej posypce uciech, niemniej wykorzystać je można również w celu uskutecznienia niebotycznego wysiłku fizycznego i to ani się człowiek obejrzy, a cały jest spocony, zmęczony, nie mówiąc już o tym, że ledwie pięć minut temu wszedł na tę bieżnię, a już mu lukier odpadł z pączka.

A wiecie gdzie jest takie zakupowe miejsce, które panieruje Cię w rozkoszy wyboru i pluszu zniżek, a nie wymaga absolutnie żadnego wysiłku fizycznego? I które pieści upodobanie mojego męża do zakupów w żaden sposób nie skrępowanych kategoriami? I miło łączy je z moim własnym upodobanie do wygody? I jeszcze to wszystko okrasza słodką polewą wspólnego nam upodobania do procentów, w sensie że takich procentów rabatu, a nie że sobie po kryjomu bimber w chałupie pędzimy, a kot nam łapką butelki stempluje?

Słuchajcie, ten sklep nazywa się Limango, jest sobie w internecie i jest zupełnie inny niż wszystkie. Kupić tam można wszystko – ubrania, buty, zabawki, podstawowe akcesoria plażowe (ręcznik, dmuchana orka, sandały i skarpety), a także jednorożca na biegunach (serio, sprawdziłam!). I można tam robić zakupy na dwa sposoby i pierwszy sposób to ja nazwałam „techniką na sokoła sprawunków” i on polega na tym, że macie kampanie zakupowe, które trwają kilka dni i oferują szalone promocje na konkretne, znane marki (i jednorożce na biegunach!!!).

To jest takie specjalne zdjęcie o charakterze klikalnym, jak się na nie kliknie to przechodzi się na stronę sklepu z jednorożcem na biegunach

Drugi sposób zakupów w Limango to „technika na demona oszczędzania”, gdzie jest sobie taki outlet, gdzie możecie sobie wyszukiwać różne produkty obniżone nawet o 80% i to takie produkty z absolutnie każdej kategorii, nieważne czy sobie chcecie sobie dywan do chałupy trzasnąć, czy też loka na potańcówkę zakręcić. A że z reguły są to ostatnie sztuki, to jest to często zaskakujący asortyment, czyli będziecie państwo zadowoleni nawet jeśli nie jesteście aż takimi koneserami sztuki użytkowej jak mój mąż, ja i nasza kolekcja porcelanowych ślimaków.

To też jest zdjęcie o charakterze klikalnym, żebyście nie musieli tłumaczyć Endomondo, że ten nagły skok aktywności na Waszym koncie to przez to, że ręcznie musieliście adres www wpisywać

I na te okazje tak trzeba polować niczym mój kot na ciągle prowokujące go sznurki od rolet, a jak już dojrzycie coś, co Wam się podoba i jest równie klawe jak przytargany ostatnio przez mojego męża gigantyczny drewniany kot, to ciach, kupujecie i dwa dni później już wszyscy Wam zazdroszczą takiej piękności w chałupie.

A mówię Wam o tym dlatego, że po pierwsze to uważam, że każdy w życiu zasługuje na jednorożca na biegunach w promocyjnej cenie, a po drugie to dlatego, że Limango obchodzi obecnie swoje urodziny i z tej okazji rozsypuje konfetti obniżek i kroi słodki tort darmowej dostawy, a poza tym to można jeszcze wziąć w superprostym konkursie i wygrać coś miłego. Więc hop hop, polecam, choć trochę egoistyczne, bo trochę mam nadzieję, że ktoś z Was się skusi na jakiś miły zakup ceramicznej zebry naturalnych rozmiarów, zanim zakupi ją mój mąż do mojego osobistego salonu. Dajcie spokój, tej zebry to mój kot nie przeżyje, już wystarczy, że od czasu do czasu tłucze po mordzie drewnianego kota, a z tego to jest demon stoicyzmu i nigdy nie chce mu oddać.