Dziś na uczelni wzięłam w bardzo ważnej dyskusji akademickiej, która miała ostatecznie rozsądzić najtrudniejszy spór intelektualny na moim wydziale. A mianowicie: co jest gorsze – studenci czy turyści? Jak dla mnie to turyści są spoko, bo pozwalają mi codziennie na nowo celebrować moje poczucie polskiej tożsamości, głównie poprzez stanie w kolejkach. I tak na przykład stoję sobie grzecznie w kolejce żeby wejść na uniwersytet, wraz z czterema grupami japońskich turystów, a potem już mi się nudzi, więc pytam miłego japońskiego emeryta czy mogłabym wejśc przed nimi, no bo I work here, a on mi na to uprzejmie zwraca uwagę, że here no Cork, this is Dublin.

O nie, proszę pana, this is Sparta.

giphy (3)

Tak czy siak, demokratycznym głosowaniem ustalone zostało, że turyści na kampusie to znacznie gorzej niż studenci, bo taki turysta to jest w ogóle nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo, czy zaraz pójdzie w lewo, czy w prawo, czy zacznie robić zdjęcia, czy też spyta o tę rzeźbę na placu głównym, której nigdy na oczy nie widziałeś, mimo iż pracujesz tu już od kilku lat. Z mojej strony pełna zgoda. Ja również cenię sobie tę studencką przewidywalność, dzięki której nie mam żadnych wątpliwości, co zrobić, gdy chce się jakiegoś studenta spotkać – otóż należy wyglądać jak kompletny człowiek-idiota.

Spójrzmy na przykład na ostatni tydzień, kiedy to postanowiłam wyglądać jak gwiazda, no bo to zawsze spoko. Sprawa była o tyle prosta, że nie musiałam się starać za bardzo, wszak wiadomo, co jest najlepszą ozdobą każdej kobiety – uśmiech i pogoda ducha. Nie, żart, po prostu postanowiłam się uczesać. Jak już się uczesałam, to z przytupem. Bardzo ładnie się uczesałam, aż pochwalił mnie człowiek-mężczyzna. Tak apetycznie się uczesałaś – powiedział – wyglądasz jak chałka.

11875096_10204997163594748_4936880093409178514_o

Ja jestem ta po lewej!!!!!

No więc wchodzi sobie człowiek na uczelnię, uczesany na chałkę, raz się przechodzi korytarzem, drugi raz się przechodzi korytarzem, postoi trochę przy tablicy informacyjnej, pokręci się trochę wokół własnej osi i… nic. Żaden student się nie pojawił, a mój szef to nawet się nie pofatygował tego dnia by przyjść do biura i skontrolować stan fryzur swoich podopiecznych. Wnioski były dramatyczne: moja przepiękna fryzura na wyroby piekarskie pozostała zupełnie niezauważona.

Co innego, gdy człowiek wygląda jak idiota, wtedy co rusz kogoś spotyka. Pięć razy jeszcze przed budynkiem, a potem tylko gorzej. Osobiście mam przeczucie, że studenci to mają taką grupę na fejsbuku, na której informują się nawzajem, który nauczyciel wygląda tego dnia najgorzej i gdzie go można spotkać. Na przykład ja dzisiaj, kompletny człowiek-idiota: spodnie alladyna, trampki primarku, makijaż oszczędny, żadne tam chałki na głowie, fryzura na mokrą wydrę. Dziesięć minut. Tyle minęło. Ledwie zdążyłam włączyć komputer i rozczulić się na widok małych szczeniaczków, które uczą się pływać, kiedy przyszedł mój kolega i powiedział, że przed biurem stoi jakiś student i koniecznie chce mnie zobaczyć, a ja spytałam go za jakie grzechy, dlaczego ja i skąd ten student wie, że tu jestem, a on mi powiedział, że może być tak, że moją obecność zdradza tabliczka z imieniem na drzwiach, a ja przypomniałam sobie, że rzeczywiście i że to właśnie dlatego wkrótce wychodzę za mąż i zmieniam nazwisko.

No to idę, a miejcie to cały czas w pamięci, że wyglądam jak alladyn skrzyżowany z wydrą. Student stoi i bardzo jest zadowolony i to już samo w sobie jest szalenie podejrzane, bo to się rzadko w trakcie roku akademickiego zdarza, by jakikolwiek student reagował radością na mój widok.

– Hello Janina – student wita się ze mną grzecznie
– Hello Tom – witam się równie grzecznie i przy okazji, resztkami nadziei, pytam: – you’re lost?
– No, I was looking for you – mówi – I wanted to ask if you want to be my assistant supervisor.

Już tłumaczę. U mnie na uczelni jest tak, że każdy student sobie wybiera promotora właściwego, a następnie może sobie wybrać jakiegoś doktoranta-ofiarę na promotora pomocniczego, który to promotor pomocniczy będzie robił wszystko to, czego nie będzie miał czasu robić promotor główny, czyli mniej więcej wszystko. Oczywiście jak ktoś ma szczęście, to żaden student go nigdy nie wybierze, ale mnie co roku ktoś wybiera, bo takie są właśnie skutki bycia przemiłym, ciepłym człowiekiem jak ja, istnym misiem pandą departamentu, która rozpuszcza kamienne serca wszystkich dookoła swoją rozkosznością i urokiem osobistym. No i obłością.

9_0

Ja generalnie czuję się mocna w pomaganiu w pracach dyplomowych, bo na przykkład w zeszłym roku za naszą pracę zdobyliśmy ze studentem 80%, a ja w ramach wyrazu wdzięczności – cztery babeczki z kremem. Nie mam żadnych wątpliwości, że gdyby tylko zwiększył tę sumę do ośmiu babeczek, to moglibyśmy dobić do setki. Oczywiście to nie jest tak, że przyjmuję byle kogo pod swoje intelektualne skrzydła, posiadam rzetelne i surowe kryteria wyboru, ponieważ ja traktuję swoją pracę śmiertelnie poważnie. A więc: studentowi przysługuje dodatkowe 15 punktów w procesie rekrutacyjnym, jeśli student jest przystojnym mężczyzną. Dodatkowe 20 jeśli mówi z brytyjskim akcentem. No i najwięcej, 80 punktów, jeśli kupuje mi cukierki. Dodatkowo przyznaję 5 punktów studentom, którzy pochodzą z Radomia, no bo ich to już wystarczająco życie wychłostało.

No więc stoi ten miły student przede mną i pyta czy zostanę jego promotorem pomocniczym, bo on słyszał, że ja bardzo wiele wiem na temat, który go interesuje, a ja mu mówię, że oczywiście i o czym to ciekawym będziemy pisać, a on mówi: about homosexual cybersex between avatars in computer games.

W tym miejscu chciałabym pozwolić sobie na moment prywaty: Mamo, Tato, to wcale nieprawda, że wiem dużo na ten temat. Nic nie wiem, bo ja nie mam czasu na takie głupoty, bo cała jestem zajęta pisaniem doktoratu, a w czasie wolnym graniem w szachy i szyciem piżam dla bezdomnych kotów.

No więc stoję przed studentem i mówię jedyne, co można powiedzieć w tej sytuacji, to jest:

– Homo, cyber, like, what?
– Homosexual cybersex between avatars in computer games – powtarza cierpliwie, czyli jednak, to nie żart.

No spoko, zawsze to coś, co można sobie wpisać do linkedina.

i_will_allow_it

Po usłyszeniu tego tematu nie miałam jednak żadnych wątpliwości, że znów muszę szykować się na spotkanie zmoją ulubioną panią z komisji etyki, celem wyjaśnienia, dlaczego dyskryminujemy osoby heteroseksualne ze względu na orientacje seksualną. A jak wszyscy pamiętamy, ja już jestem na czarnej liście owej komisji etyki, od czasu kiedy to próbowałam niecnie ubrać panią w sukienkę, a następnie znieważyłam epileptyków. Na szczęście nie jestem na tej liście sama, jest też mój kolega, istny psychopata, który na wielu obrazkach, których użył w swojej ankiecie, umieścił osoby szalenie zadowolone z życia, niemniej tylko o jednym kolorze skóry (!!!!!!!). Poszłam z nim na komisję dla towarzystwa, odwiedzić miejsce, w którym praktycznie kiedyś mieszkałam. Pani z komisji poinformowała nas, że umieszczenia murzyna w ankiecie wymagałaby zwykła, ludzka przyzwoitość, nie mówiąc już o bardziej formalnych rekomendacjach, pani doradziła nam 4-5 murzynów na jedno narzędzie badawcze.

Co zrobić, ze mnie taki hipis i totalne YOLO, więc się zgodziłam i powiedziałam studentowi, żeby przyszedł do mnie ponownie, gdy wpadnie na pomysł jak pobrać reprezentatywną próbę homoseksualnych awatarów, a najlepiej by było, gdyby dorzucił tam też parę murzynów. A on wszystko rzetelnie zapisał i poszedł.

Boże, ze mnie to wielki pedagog. I już wkrótce – gwiazda linkedina. Niemniej naprawdę nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Może być tak, że to te moje metafory martwych owiec i niedziałających testów ciążowych. Ewentualnie chodzi o to, że moi studenci jeszcze nie skminili, że ta standard deviation o której ciągle mówię, odnosi się do odchylenia standardowego, a nie mojego liberalnego stosunku do różnych dziwnych zjawisk tego świata.

Przezorny zawsze ubezpieczony, więc na wszelki wypadek postanowiłam wrócić do biura i obwieścić wszystkim, że gdyby ktokolwiek mnie szukał, to mnie nie ma, wyjechałam, a żeby uczynić moją wersję bardziej prawdopodobną, to dodałam, że wyjechałam na wyprawę badawczą NASA, to jest wybieram się na Marsa szukać inteligentnych form życia, bo 4 lata poszukiwań na tym uniwersytecie okazały się niesatysfakcjonujące. Okazało się jednak, że raz zmąconego poczucia bezpieczeństwa nie da się nadrobić, wie to każdy, kto wziął udział w choć jednym moim wykładzie. Siedziałam więc przy biurku i bardzo byłam niespokojna na myśl o tych homoseksualnych, murzyńskich avatarach komputerowych. Postanowiłam więc udać się w miejsce, gdzie nic mi nie grozi, miejsce gdzie prawdopodobieństwo spotkania studenta jest niewielkie, żeby nie rzec – ujemne. Tak jest, do biblioteki.

Mamę oszukasz, tatę oszukasz, ale życia nie oszukasz. Oczywiście, że w bibliotece był student, wszak wyglądałam tego dnia jak kompletny człowiek-idiota.

– Hello Janina – przywitał się ze mną grzecznie
– Hello Jerome – przywitałam się uprzejmie i spytał z nadzieją, choć już ze znacznie większą pewnością: – you’re lost?
– No, I came here to borrow a book! – pochwalił mi się, a zaraz potem natychmiast posmutniał: – but it turned out they don’t have “Harry Potter”.

Oh studenci, bez nich moje życie będzie takie smutne. Bo musicie wiedzieć, że jest to mój ostatni rok pracy w tej instytucji i tym samym ostatni rok nieustannych inspiracji dla Janiny Daily. Tym samym szukam pracy. Tylko poważne oferty. Tylko niepoważne uniwersytety.