Ah, początek semestru. Bawełniany plaster z aloesem na moje otwarte rany w sercu, targane gangreną zbyt długiej przerwy międzysemestralnej. Dla mnie jest to dodatkowo wspaniała okazja ku temu, by dokonać rzetelnej ewaluacji mojej własnej pracy, bo jest to ten semestr, w czasie którego spotykam się ze studentami, których uczę już nieprzerwanie od lat trzech. Tak jest, musicie wiedzieć, że u mnie każdy student może wygrać życie i wybrać ten tok studiów, który sprawi, że będzie widywać mnie każdego roku przez całe swoje studia. Co prawda tylko przez jeden semestr każdego roku, ale to i tak rozkosz. Dla mnie też rozkosz, bo jak tak człowiek uczy tych samych studentów co roku, to przy okazji może na bieżąco obserwować efekty swojej pracy, być niemym świadkiem tego cudu przyrody, w czasie którego zasadzone wiele lat wcześniej nasionka wiedzy kiełkują listkami dedukcji, wypuszczają życiodajne pędy logicznego myślenia, po to by w końcu zamienić się w piękne orchidee wiedzy i umiejętności. Nie, żart. Znalazłam ostatnio obrazek, który jest znacznie lepszą metaforą bycia nauczycielem i procesu nauczania młodych umysłów. Wygląda to mniej więcej tak:

QxYDw5D

No to idę na pierwsze zajęcia ze znanymi mi już studentami, których poznałam, gdy mieli lat siedemnaście i poważny problem z zapuszczeniem wąsa, a teraz są już całkiem dorosłymi ludźmi. Jest tam mój ulubieniec Rudy, który większość poprzedniego semestru spędził na gonieniu kotów po uniwersyteckich boiskach lub obserwacji martwych ptaków na uniwersyteckich podwórkach, czyli taki trochę biolog, a trochę psychopata. No i mamy jeszcze nasze gwiazdy wolontariatu, którzy pojechali łatać dziury cywilizacyjne w krajach trzeciego świata, to jest mieszkali z polskimi rodzinami w podkrakowskiej wsi, gdzie uczyli angielskiego uzbrojeni w harpuny, ale te harpuny to nie przeciwko dzieciom, tylko przeciwko niedźwiedziom polarnym i dzikim lamom. I całe lato polowali na te lamy, a przy okazji słali mi zdjęcia siebie i pierogów, siebie w chustach góralskich, siebie szydełkujących tradycyjne serwety na stół, siebie na warsztatach ubijania masła, generalnie siebie w trakcie wykonywania typowych polskich czynności dnia codziennego.

A jak już moim studenci wrócili ze swojej polskiej wyprawy życia, to postanowili obdarować mnie wszystkimi nowo poznanymi polskimi frazami, więc pierwsze pięć minut zajęć spędzają na powtarzaniu mi:

– Czeszcz, pyenkna staruvka, gdze jest tramvay?

I czasem jeszcze:

– Mmmmmm smacne yayko.

A w międzyczasie do sali wchodzi inny znany mi już student i bardzo jest zdziwiony, że mnie widzi, i pyta mnie czy znów będę ich uczyć w tym roku, a ja mówię, że tak, a on mówi, że to wspaniale, bo to zawsze miło popatrzeć na kogoś ładnego w czasie zajęć, if you know what I mean, a ja mówię, że I know what he means i że to bardzo przemyślany sposób na rozpoczęcie nowego semestru, ale jeśli myśli, że kupi moją sympatię za pomocą tanich komplementów, to musi wiedzieć, że nie myli się wcale. A wtedy student z pierwszego rzędu pyta czy to naprawdę jedyny sposób żeby zaliczyć moje zajęcia, a ja mówię, że właściwie to są na to dwa sposoby, to jest albo poprzez mówienie mi miłych rzeczy, albo poprzez mówienie mądrych rzeczy na tematy statystyczne, a on mówi, że w takim razie pozostanie przy komplementach i jeszcze, że pięknie mi pasuje ta bluzka do koloru oczu, a wtedy kolega obok mówi mu: dude, that was so gay, a potem myśli chwilę i mówi, że on ma pytanie, pytanie o charakterze filozoficznym, a mianowicie: – if somebody is gay himself and he says that something is gay, is that still homophobic?

panda-facepalm

A ja mówię, że to wspaniałe pytanie, wręcz wyśmienite, niech koniecznie zastanowi się nad odpowiedzią w trakcie wykonywania pierwszego zadania z podręcznika i jeszcze, że – dla własnego dobra – od tej chwili odpowiadam tylko na pytania związane z tematem zajęć, a wtedy Rudy mówi, że on ma pytanie związane z zajęciami, bo on patrzy tutaj sobie na opis przedmiotu i widzi, że ja źle na nim zapisałam swoje nazwisko, ja przecież mam inaczej na nazwisko, a ja mówię, że tak, dokładnie tak, znacznie bardziej prawdopodobne jest, że zapomniałam jak mam na nazwisko niż to, że po prostu je zmieniłam, a on pyta jak to zmieniłam, znaczy że co, ślub wzięłam? A ja mówię, że tak, ślub wzięłam, a on pyta, że jak to ślub, jaki ślub, with a real human?

– No, with a duck – mówię – we’ve met in a park and decided to stay together forever

Rudy milczy. Rudy myśli. Myśli, myśli, wymyślił:

– Noooo, that’s not right, Janina – poucza mnie – people can’t marry ducks

I to była pierwsza i jedyna rzecz, której nauczyliśmy się na dzisiejszych zajęciach.

A wtedy koleżanka spod okna mówi nieśmiało, że ona ma takie pytanie, bo ona jest trochę zagubiona, bo ona dopiero niedawno przyjechała z Francji, to są jej pierwsze zajęcia w tym kraju, czy to na pewno są zajęcia ze statystyki?

A ja mówię, że tak, tak, właśnie zaczynamy temat i że to wspaniale, że wszyscy się zgadzamy co do tego, że pięknie dziś wyglądam, jak również co do kwestii małżeństw z kaczkami, ale proponuję skupić się na temacie dzisiejszych zajęć i pytam ich czy pamiętają z zeszłego roku czym różni się regresja logistyczna od probitowej, a wtedy człowiek spod okna wybucha śmiechem i mówi, że to doskonały dowcip, jeden z lepszych moich żartów, a ja mówię, że ja przecież nie powiedziałam żadnego dowcipu, a on mówi, że w takim razie przeprasza, on myślał, że moje pytanie o to, czy pamiętają coś z zeszłego roku, to był żart. I wszyscy się śmieją, oprócz tego studenta z drugiego rzędu, który jest zajęty tłumaczeniem czegoś ważnego swojego sąsiadowi; Seriously, Rory  – tłumaczy mu – smacne yayko.

– ENOUGH WITH THE YAYKO – denerwuję się
– But… yayko… – posmutniał nagle nasz polski wędrownik
– What is this yayko, anyway? – zainteresował się człowiek spod okna
– ‘Yayko’ means ‘egg’ – tłumaczy mu nasz specjalista od kultury polskiej i jeszcze dodaje – Polish people eat a lot of yaykos
– They have better yaykos than we have – mówi jego towarzysz podróży – because they like kury and treat them well

giphy

– Kuuuuu. Ry. – powtarza ten z pierwszego rzędu – that’s a funny sound
– ‘Kury’ is ‘hen’ – tłumaczy mu ten drugi
– ‘Kury’ is plural, it’s a lot of hens – poprawiam go
– A lot of kury means a lot of yaykos – przeprowadził skomplikowaną operację logiczną ten pierwszy
– No, I think it is not homophobic when gays say that something is gay – podjął w końcu decyzję od czapy kolega obok – if I am making a joke about myself, it’s the same way that Janina jokes about Poles
– You really shouldn’t do that, Janina, that’s not cool – kręci z dezaprobatą głową nasz miłośnik polskich jajek – you’re a great nation with great yaykos
– And great language – dorzuca ten drugi i dodaje – Gdze jest tramvay?
– Kuuuuu. ry. – mówi człowiek spod okna
– Kury make yaykos – człowiek z pierwszego rzędu podsumował wszystko, czego się nauczył na dzisiejszych zajęciach
– Vałensa – koleżanka z pierwszego rzędu też przypomniała sobie polskie słowo
– Kury, yaykos, Vałensa, tramvay – streścił nasz kraj miły człowiek spod okna
– I like this class a lot – oceniła nasza koleżanka z Francji – I think this will be my favourite one

No, dobrze, że ktoś. Ja byłam trochę mniej zadowolona. Czyli jednak – odróżniać zmiennej zależnej od niezależnej to przez trzy lata nie potrafią się nauczyć, ale słownictwo z zakresu polskiego rolnictwa opanowują w piętnaście minut. No to są jak jakieś yaykos.