Kolejne dni w Kolonii mijają tak, jak się można było tego spodziewać. Na przykład przed katedrą spotykam człowieka-Polaka, który tłumaczy swojej małżonce, dlaczego nie podoba mu się to miasto:

– Tu jest zupełnie okropnie – wyjaśnia – bo wygląda jak w Polsce
– Ta katedra ładna – mówi na to nieśmiało ona – i ten tam budynek
– I co z tego, że ładne – wzrusza ramionami człowiek-Polak – skoro to wszystko na naszej polskiej krwi zbudowano.

Jako że jestem człowiekiem-Polakiem na 100%, tj. nigdy opuszczam ojczystego lotniska bez kabanosów w rękawach i czuję że wygrałam życie za każdym razem gdy dostaję gratis w supermarkecie, to aż chciałabym panu na ten komentarz przyklasnąć niczym foka, z tym że to było niemożliwe, bo bracia Niemcy w uznaniu czyichś zasług w ogóle nie klaszczą. Tak jest, bracia Niemcy nie klaszczą, ale zamiast tego pukają w stół, co prowadzi u mnie do permanentnych rozczarowań, albowiem nigdy po tym pukaniu nie następuje żaden knock-knock dżołk.

Żaden z napotkanych przeze mnie ludzi-Niemców nie był w stanie wyjaśnić mi o co chodzi z tym pukaniem, ale za to jeden mi opowiedział, że właśnie mu się zepsuł samochód, więc skoro już spotyka człowieka-Polaka, to czy mogłabym mu załatwić nowy?

Czyli w Niemczech wszystko po staremu. A tymczasem, podczas gdy ludzie-Polacy gromadnie brodzą we krwi własnych przodków swoimi kradzionymi samochodami, w niemieckim Lidlu trwa dzień jak co dzień:

10250130_10202706992301897_8149711597298247690_n