Cała jestem cierpieniem. Jestem roztworem nasyconym udręki doprawionym łzami i rozpaczą. Jestem bosym człowiekiem porzuconym na śniegu przez srogą zimę życia. Jestem na siłowni. Na recepcji siedzi moja studentka i to w sam raz, bo to trochę zmniejsza prawdopodobieństwo, że na tę siłownię wejdę, spojrzę i ucieknę. Moja studentka mnie widzi i też natychmiast staje się uosobieniem cierpienia. Ona już wie. Już wie, że zaraz będzie mnie musiała na tę siłownię siłą wpychać, a to przestało być zabawne już jakieś dwa lata temu, a ten dowcip, kiedy to ja mówię, że ta siłownia to moje piekło za życia, na co ona mówi, że to zupełnie tak samo, jak dla niej moje zajęcia, też już nie cieszy jak kiedyś. Podchodzę, wzdycham. Ona też wzdycha. Ona mówi, że ona nic nie rozumie, co ja tak cierpię, przecież jeszcze rok temu, to ona mnie tu widziała codziennie, a ja jej na to mówię, że rok temu to ja brałam ślub, to wtedy była inna sytuacja, człowiek był zmuszony, bo jak spytałam swojego fotografa, czy wyretuszuje mi podwójny podbródek na czterystu zdjęciach, to zaśmiał się, ale jakby przez łzy.

Znowu wzdycham. Mówię jej, że nie widzę żadnego sensownego powodu, dla którego ludzie sobie to robią, sport sobie robią, w sensie. No nie wiem – proponuje mi – może dla zdrowia? Żeby się lepiej czuć? Lepiej wyglądać? Im bardziej mi proponuje, tym bardziej przewracam oczami. Ona już się trochę poddaje, w końcu próbuje ostatni raz: ...może po to, by potem móc więcej jeść?

IDĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

A ona wtedy mówi, że dobra, skoro już widzi we mnie jakieś okruchy entuzjazmu, to ona mi coś pokaże i pokazuje, prowadzi mnie do piwnicy, w jakieś miejsce, gdzie nigdy nie byłam, jakiejś sali ukrytej, co mogłoby być nawet trochę straszne, ale ja akurat się nie boję, bo po pierwsze, to jestem nieustraszona, a po drugie, to moi studenci bardzo dbają o moje zdrowie i bezpieczeństwo, przynajmniej od czasu jak wyjaśniłam temu studentowi, co to jest ratownikiem na uczelnianym basenie, że jak się utopię, to im przepadną wszystkie obecności w tym semestrze i on się wtedy tak przeraził, że zaczął za mną chodzić na tym basenie z taką ogromną siatką.

giphy (5)

To ja na basenie

No to idziemy, idziemy, doszłyśmy. Doszłyśmy do jakiejś tajemnej sali na siłowni, a tam… pusto! Żadnych studentów, którzy uważają, że ten moment, kiedy człowiek leży w przyciasnym dresie na siłownianej podłodze w kałuży swojego potu, łez i rozpaczy, jest najlepszym by zapytać o współczynnik Beta albo R-kwadrat, a czy to potrzebne? a czy to będzie na egzaminie? a na pewno? a dlaczego? a może jednak nie? I te maszyny tam w tej sali też jakieś takie prostsze, ona mi pokazuje, tu się wciska guzik, tu działa, tu maszyna sama liczy powtórzenia, nie da się zepsuć. O radości, ta sala była jak buty z niedźwiedzia rzucone na moją srogą zimę życia i jeszcze czapka z pomponem gratis! Pomachałam rączką, nóżką i tylko przez pół godziny skakałam na piłce, oglądając telewizję.

giphy (4)

To ja na siłowni

No, a potem do tej sali weszli ludzie. Bardzo dużo ludzi weszło i wszyscy wyglądali podejrzanie podobnie. Bo wiecie, my mamy taki program na uczelni, który przygotowuje osoby niepełnosprawne umysłowo do samodzielnego życia. No, uczy ich obsługi komputera, liczyć, szyć i – jak przekonałam się w tamtym momencie – ćwiczyć na siłowni.

Wracam do studentki. Czy to była część siłowni dla niepełnosprawnych umysłowo? – pytam. No trochę tak – mówi. Ale myślała, że mi się spodoba, mówi. Nie miała nic złego na myśli, mówi. Bo tam są takie maszyny, one są tak proste w obsłudze, mówi, że to nie sposób zepsuć, nie sposób się skrzywdzić, od trzech lat je mają i jeszcze nikt nigdy nie miał żadnej kontuzji. Jestem oburzona. OBURZONA. Tak jej mówię; że to szalenie krzywdzące insynuacje, że ja jestem taka nieudolna sportowo, że jakbym tylko miała ochotę, to już jutro mogłabym wziąć udział w jakimś maratonie, to znaczy jak tylko to biuro gdzie trzeba się zapisywać przeniosą na parter, bo powyżej dwóch pięter to ja dostaję zadyszki, a powyżej trzech udaru. Tak jej powiedziałam! A potem skinęłam głową z godnością. Obróciłam się, wyszłam. Z podniesioną głową. Powoli. I tak, żeby nie zauważyła, że trochę utykam, bo jak się zaplątałam w jedną z tych maszyn i próbowałam z niej wydostać, to mi pięć kilo na nogę spadło.