Człowiek wijący gniazdo i niesprawiedliwość małżeńska

Kocham swojego męża tak bardzo, że oddałabym za niego życie, a być może i nawet ostatni gryz ciastka. Gdy jest mi źle na świecie to mam na to tylko jedną radę, tylko jedna rzecz wtedy działa na janinowe niedobory pluszu, ja przytulam go wtedy tak mocno, że aż boję się, że w pewnym momencie odkształci się jak poduszka, zostanie mu w środku ciała takie krzywe wgłębienie na kształt moich ramion. Niemniej nawet ta moja najdoskonalej wypieczona drożdżówka w tym piekarniku życia ma pewną niedoskonałość i ona polega na tym, że gdy Wojtek się szykuje do snu, to aż się zlatują wszystkie sójki z okolicy, by nauczyć się od niego jak dobrze wić gniazdo.

On prześcieradło wygładza, kołdrę odmierza, kątomierzem sprawdza czy pościel znajduję się w miłej dla oka równoległości od krawędzi łóżka, on metodycznie poduszki układa, by przypadkiem przez sen nie uderzyć się o kant żadnej z nich, a potem kładzie się, obraca, kładzie się, znów obraca, coś przesuwa, coś uklepuje, obraca się znowu, kołdrę poprawi, poduszkę przesunie, obróci się nieznacznie, i jeszcze trochę obróci, i jeszcze, i słuchajcie, ledwie siedem godzin później mój mąż zasypia w idealnie sobie pościelonym łóżku, w paskach na kołdrze doskonale ułożonych wzdłuż linii Wojtka i morderczych guzikach w bezpiecznej odległości od czyjejkolwiek twarzy.

No a wczoraj ja spać poszłam wcześniej, miło sobie śniłam o świecie zrobionym z biszkopta, przynajmniej gdzieś do okolic drugiej rano, kiedy to przyszedł Wojtek i zaczął swoim kolegom sójkom wykładać praktyczne aspekty wicia gniazda wraz z podstawami pościelowej geometrii. I ta druga w nocy, a ten wierci się, uklepuje, przesuwa się, jęczy, a ja mu mówię, że jezuchryste, Wojtek, przecież szlag mnie zaraz trafi, przestań się już czaić na to łóżko jak wąż w pomidorach, weź się po prostu połóż, człowieku!!!

A on mi na to mówi, że nie może tego zrobić, bo on tu widzi pewne poważne zaniedbania w zakresie sprawiedliwości społecznej, zdecydowanie pewna powierzchnia Janiny dokonała właśnie inwazji na jego stronę łóżka i ponieważ jesteśmy małżeństwem, to on co prawda na policję nie zadzwoni, ale chce żebym wiedziała, że bardzo ma ochotę. I on tak mówi, a ja mówię, że chyba sobie ze mnie kpi, ja totalnie jestem po swojej stronie łóżka, a on mówi, że chyba nie bardzo, bo przecież on się teraz tak musi trzymać tej krawędzi łóżka jak leniwiec drzewa i cały jest w strachu, że jak przesunę go bardziej, to w końcu się tak sturla z tego łóżka, że aż się doturla do granicy Francji. No, tak mi opowiada, a ja mu mówię, żeby dał mi spokój, a on – ku mojemu zdziwieniu – posłuchał i poszedł.

Na krótko poszedł, wraca. Wraca, jest ta druga w nocy, w pokoju ciemno, mój mąż coś kombinuje, coś szeleści, coś przesuwa i ja słucham, co robi, słyszę i nie wierzę, Wojtek – mówię mu w końcu nadzwyczaj delikatnie – druga w nocy jest i powiedz mi proszę, że mi się wydaje, że właśnie w tej chwili wcale nie odmierzasz centymetrem własnej połowy łóżka.

– Nie, to by było głupie – mówi na to mąż mój z całą stanowczością –

…wziąłem miarką budowlaną, bo jest dokładniejsza.