Jest sobie taki świetny żart o wszelkich uniwersytetach i on leci tak:

– How many academics does it take to change a light bulb?
– Change?!

Kto nie pracuje na uczelni, ten się śmieje, a kto pracuje na uczelni, to właśnie poszedł się utopić w miednicy z własnymi łzami, bo wie, że to prawda. Jedną z takich rzeczy, które w uniwersyteckich murach pozostają niezmienne od lat, jest ten moment, kiedy spotyka się zespół przedstawicieli różnych dyscyplin i to zawsze wygląda tak samo, to jest – niby miło, niby dzień dobry i co słychać u żony, a potem nagle następuje jakaś prowokacja, na przykład ktoś pyta kogoś, czy może otworzyć okno, a to jak płachta na byka, stąd to już tylko rzut beretem do chaosu i festiwalu przemocy, chwilę później już wszyscy są na komisariacie i ten jeden tłumaczy panu policjantowi, że owszem, uderzył kolegę łopatą, ale to dlatego, że ten powiedział, że jego dyscyplina nie jest prawdziwą nauką, a generalnie to i tak cud, że trafił, skoro tamten ochraniał się krzesłem topornym jak jego własna metodologia, no i był jeszcze z nimi jeden człowiek, ale ten to akurat jest na oddziale ratunkowym, bo zjadł doktorat kolegi, by udowodnić mu, że do niczego innego się ta jego praca nie nadaje.

giphy-10

No, tak jest. Słowo daje. Zawsze to samo. Generalnie to z moich obserwacji wynika, że z reguły wszystko zaczyna jakiś ekonomista i moja własna teoria mówi, że to dlatego, że instytut ekonomii jest najlepiej dofinansowany i tym samym oni są najmniej niedożywieni z nas wszystkich, i przez to mają dużo energii. Ja wiem, co mówię, bo ja kiedyś pracowałam w tym instytucie przy projekcie na temat irlandzkiego rybołóstwa, i to był bardzo istotny projekt, bo ja tam liczyłam irlandzkie ryby, i wy teraz wszyscy jesteście, że ha ha, hi hi, liczyła ryby, ale to tak naprawdę było szalenie skomplikowane, bo takie ryby to bardzo szybko pływają, i to wygląda tak, że człowiek liczy: jedna ryba, druga ryba, trzecia ryba, a potem to już nie wie, czy ta kolejna ryba to nowa ryba, czy ta poprzednia, co zawraca.

No, ale ta historia o rybach to jest trochę taka dygresja, po prostu wam się chciałam pochwalić, że w linkedinie mam wpisany zawód: fish counter, a tak naprawdę to w tej historii chodzi o to, że jak ja pracowałam w tym instytucie ekonomii, to oni na seminariach mieli takie mini ptysie, MINI PTYSIE!!!!!!!, i one wyglądały tak, że było ciastko, a w środku bita śmietana, a to wszystko było jeszcze oblane czekoladą, a na szczycie – jak najpiękniejsza korona dla tego władcy cukrów prostych – tkwił migdał. Mój boże, jak ja te ptysie po raz pierwszy zobaczyłam, to w ogóle nie mogłam przestać płakać ze wzruszenia, i musiałam wszystkim tłumaczyć, że te emocje to na widok tego przepięknie dopasowanego modelu regresji, co go nam właśnie pokazał kolega prezenter.

A dalej to było tak, że z racji tych ptysi, to ja zaczęłam chodzić na wszystkie seminaria w tym instytucie, w ogóle nie dyskryminowałam tematów, rynek kapitałowy? Byłam tam. Zrównoważony rozwój państw regionu bałtyckiego? Obecna! Finansjalizacja gospodarcza? No z tego to ani słowa nie zrozumiałam, ale byłam, a jak, w promieniu pół metra od talerza ptysi. No i tak to trwało, a potem dyrektor instytutu ekonomii chodził do mojego szefa i opowiadał mu, jakim ja jestem wspaniałym pracownikiem, jakim zaangażowanym, jakim żądnym wiedzy, a potem mój szef przez cały miesiąc musiał oglądać zapętlone “Interstellar” żeby dowiedzieć się, jak wyjść z tej alternatywnej rzeczywistości, do której trafił.

No i to jest właśnie moja teoria, że te dyskusje to z reguły zaczyna jakiś ekonomista, no bo oni mają coś czego my nie mamy, to jest ptysie, a w konsekwencji i energię, i chęć do życia. I tym razem też jestem sobie na superistotnym spotkaniu superważnego komitetu i gdzieś tak mniej więcej w piątej minucie spotkania kolega z ekonomii nie wytrzymuje i mówi koledze z politologii, że politologia nie jest prawdziwą nauką, a wtedy koleżanka z psychologii zaczyna się śmiać, a politolog jej mówi, że jak oni na tej psychologii chcą się z czegoś pośmiać, to on proponuje z własnego doboru próby, bo dobór losowy to oni widzieli chyba ostatnio w gazecie, a i to przypadkiem, jak natrafili na sondaż przy okazji czytania jakiegoś komiksu, a koleżanka z psychologii na to mówi, że w temacie komiksów i historii nieistniejących, to może spytamy o to kolegę z socjologii, bo to oni są ekspertami w mierzeniu teoretycznych konceptów, które nie mają żadnego odniesienia do rzeczywistości, no i oni tak właśnie się kłócą i mój boże, w tym jest tyle agresji, tyle przemocy, że to jak oglądać walkę niemowlaków, obrzucających się watą.

giphy-12

Ja tymczasem nie brałam udziału w dyskusji, bo byłam zajęta leczeniem traumy zbyt długich odstępów między posiłkami, to jest – jadłam. No ja bardzo przepraszam, ale nie można mnie zapraszać na spotkania z jedzeniem, a potem oczekiwać ode mnie intelektualnego wkładu w dyskusję, bo ja co prawda metodologię kocham, ale znacznie bardziej kocham żółty ser, zwłaszcza gdy występuje w bliskiej okolicy masła i chleba. No i oni się tak kłócą, akurat kolega z ekonomii tłumaczy koleżance z psychologii, że niby jak oni chcą uchodzić za wiarygodną naukę skoro wciąż jarają się kolesiem sprzed 50 lat, co udawał, że razi ludzi prądem*, a wtedy kolega z socjologii powiedział, że prądem to się chyba poraził ten noblista z ekonomii, co wyciął sobie 20 lat danych, bo tak mu pasowało**, a kolega z politologii mówi, że no właśnie, a w ich dyscyplinie takie rzeczy się nie zdarzają, a wtedy koleżanka z psychologii mówi, że na litość boską, Tom, daj już spokój, przecież was to i tak nikt nie traktuje poważnie, przecież wy nawet nie jesteście prawdziwą nauką.

Pięć kanapek i czterdzieści minut później wszyscy opadli z sił, zamilkli, spojrzeli na mnie. Nie wiem dlaczego, widocznie gdzieś w międzyczasie zostałam wybrana na sekundanta tego pojedynku, co oczywiście mogłam przegapić, biorąc pod uwagę, że przez ostatnie dwadzieścia minut spotkania byłam zajęta próbą sięgnięcia nogą po pomidorka koktajlowego, co mi się akurat sturlał pod krzesło. Przemyślałam, oświadczyłam: czas nam się skończył, dziękuję wszystkim za bardzo udane spotkanie, do zobaczenia za tydzień. Znaczy – zanim się jeszcze rozstaniemy to proszę wszystkich o złożenie podpisów na liście obecności, bo bez listy obecności nie dostaniemy dofinansowania na kanapki z serem. Mój boże, cóż za udane spotkanie, ledwie godzina minęła, a tu już zdążyliśmy rozwikłać najważniejsze zagadki filozofii nauki, zdekonstruować wszelkie teorie poznania i zrewolucjonizować metodykę nauk poprzez precyzyjne użycie praw i reguł logiki formalnej. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku podpisuję listę i jeszcze na górze strony dodaje tytuł, żeby dział księgowości nie miał żadnych wątpliwości w jakim zebraniu braliśmy udział. I zapisuję, zgodnie z prawdą: spotkanie wydziałowego komitetu ds. dekoracji świątecznych.

*eksperyment Milgrama
**Paul Krugman