Ten wpis planowałam na czwarteczek po Sylwestrze, ale zatrzymały mnie ważne sprawy, na przykład to, że gdy widzę darmowy alkohol, to zachowuję się jak zwierzę. To tylko jedna z wielu moich zalet, ale dość istotna, bo doprowadziła do tego, że pierwszego dnia nowego roku miałam bardzo bliskie zetknięcie z doświadczeniem śmierci (kac), a skoro i tak już nie mogłam ruszyć żadną częścią swojego ciała, to postanowiłam sobie pomyśleć. Myślałam sobie głównie o tym, że dla Janiny Daily ten rok 2014 był niezwykle udany. Po pierwsze dlatego, że wcześniej to nas w ogóle nie było. Po drugie dlatego, że nasz ostatni wpis polubiła jakaś zawrotna liczba ponad 80 ludzi i to bardzo miłe, ale też trochę rozczarowujące, bo liczyłam na milion. Po trzecie ten rok był udany dlatego, że z niektórymi z Was udało mi się spotkać. Mam tu na myśli te osoby, których wcześniej nie znałam, ale którzy chcieli się osobiście przekonać, czy naprawdę jestem taka przezabawna (tak) i ładna (tak). Muszę powiedzieć, że puchnę z dumy nad moimi czytelnikami. Wiem już, że stronę czytacie rzetelenie i z dużym zrozumieniem. Ze wszystkich tych spotkań wychodziłam kompletnie pijana.

Wiem również, że przez ten rok 2014 Janina Daily pełniła w Waszym życiu funkcję ważną, by nie rzec – kluczową. Gdy już zmęczyły Was nierówne walki z codziennością i bolesne dysputy z otaczającą Was rzeczywistością, ta strona była jak spokojna przystań, do której zawsze mogliście przybić by obejrzeć film o kocie czeszącym się jeżem. Dziś chciałabym kontynuować tę tradycję odmieniania Waszego życia na lepsze, a wiadomo że nic tak nie cieszy człowieka-Polaka, jak świadomość że inni mają gorzej. No więc ja mam się gorzej, ja stoję już na samej krawędzi spraw ostatecznych, a śmierci to już zajrzałam gdzie tylko się dało, a to z powodu takiego, że mam przeokropny katar. Generalnie to nie musicie mi współczuć, Wojtek robi to za Was. To znaczy mniej więcej tyle, że ja mu powiedziałam, że jestem okropnie przeokropnie chora, a on mi na to powiedział, że jego też życie dziś ciężko doświadcza, bo rano umył włosy moim szamponem i teraz jest puchaty jak pisklak.

pisklę-albatrosa

obrazek wzięłam z bardzo ciekawej strony, gdzie oprócz puchatych pisklaków można też na przykład znaleźć zdjęcie kota wysiadującego jajka

Drugą próbę użalania się nad sobą podjęłam dwie godziny później, to znaczy że powiedziałam Wojtkowi, że wciąż jestem okropnie przeokropnie chora i delikatnie zasugerowałam, że być może na tą moją śmiertelną odmianę kataru pomogłyby mi inhalacje nad parą, a on mi na to powiedział, że jak chcę inhalacji nad parą, to żebym sobie poszła postać przy garach. Jak widzicie narodowy zespół śledczy ds. Dżendera może spokojnie ominąć nasze mieszkanie, u nas Dżender na pewno się nie ukrywa.

Zainteresowanym powiem tylko, że inhalacje nad garami nie pomogły i tym samym poszłam dziś do pracy chora, i wtedy to odkryłam, że mój patologiczny brak umiejętności robienia dwóch rzeczy jednocześnie osiągnął nowy poziom, co oznacza mniej więcej tyle, że gdy mam katar, to przestaję mówić po angielsku. Albo też raczej mówię, ale nikt mnie nie rozumie, co samo w sobie jest pewną nowością, bo z reguły to mówię, ale nikt mnie nie słucha. Wyjątkiem był mój szef, który co prawda rozumiał co mówię, ale znacznie bardziej go bawiło to jak mówię, to znaczy powiedział mi, że brzmię tak, że spokojnie mogłabym iść pracować do jakiegoś hinduskiego call-center, ale potem sprawę przemyślał i powiedział, że chyba jednak nie, bo żeby pracować w call center to trzeba być miłym dla innych ludzi.

Tak to czasem w życiu bywa, że pracodawca ma wymagania nie do przeskoczenia, więc zmuszona byłam wycofać swoją aplikację do hinduskiego call center i tym samym wszyscy mogliśmy przejść do omawiania spraw poważnych, które wstrząsnęły ostatnio życiem departamentu, a mianowicie, że w ostatnich ankietach ewaluacyjnych student napisał o jednym z nas BRZYDKIE SŁOWO. Z jakiegoś powodu znów wszyscy myśleli, że to o mnie, ale to wcale nie było o mnie, bo mnie generalnie to studenci bardzo lubią i są ku temu trzy powody: 1. nie rozumieją sarkazmu, 2. nie rozumieją polskiego, więc nie czytają Janiny Daily, 3. pokazuję im dużo filmów z jutjuba, a taki student to niewiele się różni od kota, co oznacza mniej więcej tyle, że gdy się nudzi to nie masz gwarancji, że zaraz nie rzuci ci się na twarz, ale gdy pokazujesz mu coś co się rusza, to się natychmiast uspokaja. Zupełnie inną kwestią jest to, czy to jest w ogóle dopuszczalne żeby student pisał BRZYDKIE SŁOWO w ankietach ewaluacyjnych i ja uważam, że nie, bo jak ktoś jest tak bardzo sfrustrowany swoim akademickim życiem, to nie musi od razu informować o tym całego wydziału. Niech lepiej założy bloga, żeby cały świat mógł sobie poczytać.

Następny problem, który wyniknął z ankiet ewaluacyjnych to był taki, że jeden ze studentów napisał, że w zeszłym semestrze kazano mu wstawać na zajęcia o 9 rano dwa razy w tygodniu. DWA RAZY W TYGODNIU! Nie była to jednak pusta, studencka skarga, była to skarga bardzo rzetelnie umotywowana. Student tłumaczył, że co prawda jest skłonny do ustępstw i do negocjacji – jeszcze raz w tygodniu tę 9 rano by przeżył, ewentualnie – skoro zajęcia już muszą być w środku nocy – ze dwa razy w tygodniu na 10 rano też by może wstał, ale z tą 9 rano dwa razy w tygodniu to już bez przesady. Po przeczytaniu rzeczonej skargi mój szef spytał mnie czy mogę się tym zagadnieniem zająć, ale ja nie mogłam, bo byłam już zajęta pisaniem donosu na nasza uczelnię do Amnesty International.

Poza tym prawdą jest, że sprawy cudzych ankiet ewaluacyjnych interesowały mnie w sposób ograniczony, a to dlatego, że chwilę wcześniej, przy przeglądaniu swoich własnych ewaluacji, znalazłam jeden z tych wpisów, które sprawiają, że serce każdego nauczyciela rośnie dwukrotnie i napełnia się miłością do studenckiego świata, zrastają się wszystkie rany poniesione w statystycznych bitwach, bycie nauczycielem staje się immanentnym elementem twojego istnienia, a nie tylko surowym wpisem w CV. Student donosił:

Janina’s classes were not so bad, could be worse.

oh_yeah_obama
Jak już jesteśmy przy wzruszeniach, to teraz czas na KONKURS!!!! Właściwie to czas na rozwiązanie konkursu, bo ja sama sobie konkurs ogłosiłam, a następnie go rozwiązałam. Korzystając z paru dni wolnego udało mi się ostatnio przeczytać cały Internet i z tego Internetu to się na przykład dowiedziałam, że rodzice często mówią swoim dzieciom, że wszystkie kochają jednakowo. Już tłumaczę – to nieprawda. Wiem to, bo sama jestem najbardziej kochanym dzieckiem. Wiem to też jako człowiek, który wcale nie kocha wszystkich swoich czytelników jednakowo. Wy myślicie, że ja nic nie wiem! A moje statystyki o wszystkim mnie informują – kto najchętniej szasta lajczkami, kto z największym zapałem komentuje, kto najgłośniej się śmieje przy czytaniu wpisów. W związku z tym postanowiłam wśród Was wyróżnić trzech czytelników, których wg statystyki kocham najbardziej i uhonorować ich najpiękniejszym z prezentów, a mianowicie – breloczkiem z moim zdjęciem. Wygranymi są:
1. Bartosz ze Szczecina
2. Ewa z Wrocławia
3. Kasia z Gliwic

Zdaję sobie sprawę, że dla tych trzech osób jest to najpewniej najważniejsza chwila w ich życiu, więc powtórzę – tak, breloczki z moim zdjęciem. Oczekujcie listonosza. Tym z Was, którym właśnie zawalił się świat, chciałam otrzeć łzy zapewnieniem, że to nie ostatni konkurs, a ja jestem sędzią surowym, ale sprawiedliwym. Ponadto jestem przekupna i lubię czekoladki.