Dzień dobry, dziś sobota, imieniny kota!

giphy-9

Dziś mam dla Was kolejną porywającą historię z mojego oszałamiającego życia, naszpikowanego adrenaliną i przygodą jak krokiet mięsem, albowiem rozpoczęłam swoje występy gościnne w Amsterdamie, a rozpoczęłam je tak, że weszłam do samolotu i zrozumiałam, że na bank tego dnia umrę.

Bo musicie wiedzieć, że ja w samolotach zawsze siedzę przy oknie, wiadomo, kto bogatemu zabroni, i w związku z tym zawsze po wejściu do samolotu natychmiast analizuję, czy mój sąsiad gwarantuje mi przeżycie w razie katastrofy lotniczej. I na przykład jeśli jest to człowiek skupiony, zorganizowany, grzecznie poddający się zasadom samolotowego sawławiwru, to ja natychmiast wiem, że w razie wypadku i lądowania na wodzie on w sposób brawurowy przeprowadzi mnie przez ewakuację, a potem będzie ze mną pływał na tej krze do czasu, aż nie odnajdzie nas ekipa ratunkowa, a dalej to już wiadomo – wspólne okładki gazet, kartki na święta, trzymanie dziecka do chrztu i dożywotnie prawo do mojej ostatniej frytki w makdonaldzie.

Tym razem wchodzę do samolotu i natychmiast wiem, że zginę. Obok mnie siedzi pani, jej pięć reklamówek i dwie torby,część zmieściła pod siedzeniem, część zaś troskliwie posadziła na wolnym miejscu, ale żeby nie nadwyrężać zasad bezpieczeństwa samolotowego, to ona przypięła te reklamówki pasami. PRZYPIĘŁA TE REKLAMÓWKI PASAMI. Życie, jak ty mnie wystawiasz na próbę!

Więc sami rozumiecie, że względem człowieka, który przypina reklamówki pasami w samolocie, to ja nie mam zbyt wysokich oczekiwań odnośnie ewakuacji, i gdy ja tak właśnie sobie rozmyślałam o potencjalnej katastrofie lotniczej, w której moje życie przehandlowane zostanie za kawałek plastikowej siatki, to wtedy pan pilot powiedział, że nie możemy startować, bo samolot się zepsuł.

Dobra, ja to tam pół biedy, przejdę się do innego samolotu, ale weźcie później odpinajcie te wszystkie reklamówki i sadzajcie je na nowych miejscach!

I tak właśnie pojawiłam w Amsterdamie okropnie spóźniona, a plan był taki, że wyląduje na styczek, by dotrzeć na uczelnię na czas, ale wtedy jeszcze pomyślałam sobie, że to w ogóle nie szkodzi, nie ma co się denerwować, zaraz sobie sprawdzę, co tam ten miły pan z uniwersytetu dla mnie zaplanował i najwyżej mu napiszę, że się trochę spóźnię na to seminarium czy wykład, czy co tam będziemy sobie porabiać, i sprawdziłam, a tam było napisane, że pierwszy punkt programu dzisiejszego dnia: kanapki.

KANAPKI.

giphy-10

I to nie, że kanapka, uścisk dłoni i do domu, program jasno wskazywał, ze zaczniemy dzień od jednej kanapkogodziny i teraz adnotacja: Międzynarodowa Organizacja Normalizacyjna wciąż nie uznaje kanapkogodziny jako oficjalnej jednostki miary, ale w moim świecie jest to jednostka absolutnie najważniejsza, oczywiście zaraz po Wojtusiogramach. No więc jak ja przeczytałam o tych kanapkach, to natychmiast zaczęło mi się bardzo śpieszyć, halo, przepraszam, proszę mnie przepuścić, ja tu mam priorytety, pilne sprawy, nikt nie ma ważniejszych ode mnie, no chyba ze mamy tu jakiegoś transplantologa, co jedzie właśnie przeprowadzić przeszczep serca, to wtedy taki człowiek ewentualnie może być tuż za mną.

Los mi nie sprzyjał, bo jeszcze musiałam się wydostać z lotniska. Byliście kiedyś na lotnisku w Amsterdamie? To całkiem klawe lotnisko, takie lotnisko, rzekłabym, o funkcji pesymistycznej, lotnisko imienia Schopenhauera, bo jak tak sobie człowiek na nim jest i tak sobie idzie do wyjścia, to on idzie, i idzie, i idzie, i końca nie widać, i w pewnym momencie orientuje się, że to już koniec, nigdy się stąd nie wydostanie, spędzi tutaj wszystkie kolejne Święta, choinkę rozbije obok bramki numer dwa, na Wigilie usmaży sobie kartę pokładową w panierce własnej rozpaczy, a następnie będzie jeździł po taśmie bagażowej i udawał, że jest na kuligu.

Trzy lata i sześć miesięcy. Szacuję, że mniej więcej tyle zajęło mi wyjście z tego lotniska. A potem to już rach ciach, podróż tramwajem, i ta podróż to dopiero była klawa, bo pan kierowca to był istnym Davidem Attenborough komunikacji miejskiej, on tak opowiadał o tych przystankach, że człowiek aż miał ochotę wysiadać na każdym i trzaskać sobie selfie z tablica odjazdów. No ale się powstrzymywałam, no bo miałam w planie jedną kanapkogodzinę, i ja tak tym tramwajem ciach ciach, a potem na uniwersytet czmych czmych, i ja wpadam tam, w ostatniej chwili, na milimetry przed wskazówką rozpoczynającą godzinę pysznej zabawy z pieczywem i nabiałem, i ja wpadam, i żeby oszczędzić Wam horroru, to powiem tylko, że nie zjadłam ani jednej kanapki i to wcale nie ze swojej winy, ja nie zjadłam kanapki przez takiego jednego sukinsyna, który sprawił, że gdy już dotarłam na uczelnię, to po moich kanapkach ostały się tylko talerze malowane rozpaczą i oprószone pudrem niesprawiedliwości losu, nawet kawałka wędlinki nie skubnęłam, i to tylko dlatego, że ten sukinsyn uznał, że jestem o godzinę spóźniona, a nazywał się on Zmiana Czasu.

Mój boże, ze mnie to geniusz intelektu. Dobrze, że nie zarabiam na życie pracą umysłową, bo inaczej mogłoby być słabo.

Człowieku, który wymyśliłeś strefy czasowe – wisisz mi kanapkę z pasztetem.

No, a z innych rzeczy to na obiad poszłam do pierwszej napotkanej restauracji chińskiej i nie możemy wykluczyć, że wczoraj zjadłam kota.

Poza tym nie wiem, co Wy osiągneliście w życiu, ale ja właśnie dostałam cynk od naszej czytelniczki Oli, że osiągnełam już wszystko:

14853072_1846053772297114_4296979747595910483_o

Tak, to tyle u mnie. Co u Was?