Jeśli chodzi o hobby i sposoby spędzania czasu wolnego, to nic nie cieszy Irlandczyka bardziej niż możliwość spędzenia kawałka dnia na miłym dla ciała, ducha i ucha fałszywym alarmie przeciwpożarowym. Irlandzkie alarmy przeciwpożarowe są wspaniałe, bo one wybrzmiewają taką melodią, którą przyrównać można do wycia susła przed mutacją – i to takiego susła, co to nie jest zbytnio utalentowany muzycznie; w sensie, że kolędę to jeszcze może zanuci, ale do Backstreet Boys to go nie chcieli przyjąć.


Najlepiej to było wtedy, gdy nam się w bloku takowy alarm zepsuł i on wył bez przerwy od trzeciej w nocy do dziesiątej rano, to znaczy tak mi opowiadali sąsiedzi, bo tego dnia o piątej rano to ja już byłam w robocie, gdzie siedziałam pod biurkiem w pozycji embrionalnej, kiwałam się na boki i płakałam ze wzruszenia nad panującą dookoła ciszą. Na pewno zastanawiacie się, co w tamtym momencie robił mój mąż. Otóż odpowiadam: spał. Znaczy czaicie – ten alarm to tak ija, ija wył, ale tak ekstremalnie irytująco, że IJA, IJA, IJA, a w tym czasie mój mąż spał snem kamiennym i tylko na chwilę się przebudził, by powiedzieć mi, że jeśli coś się na serio pali, to żebym wzięła kij od miotły i nadziała na niego kiełbasę, to przynajmniej potem, kiedy już wygramy tę walkę o życie, będziemy mieli niewielki poczęstunek.

Ja w ogóle uwielbiam samą ideę fałszywych alarmów przeciwpożarowych, bo na przykład u mnie w robocie to wygląda tak, że za pierwszym razem, gdy zadzwoni alarm, to człowiek wybiega podekscytowany na zewnątrz jak czyżyk na gody, a następnie całą rodzinę obdzwania, że oto ledwo wydarł się ze szponów śmierci, całe życie stanęło mu przed oczami, mój boże, on dopiero teraz zrozumiał, że w życiu to trzeba carpe diem, memento mori, bon ton, savoir-vivre i habemus papam. No, a kilka alarmów przeciwpożarowych później to na sam dźwięk alarmu człowiek przewraca oczami, jakiegoś maila sobie trzaśnie, pójdzie jeszcze do kuchni, żeby mleko ubić do swojego kapuczino, a następnie ruchem powolnym, nienachalnym opuści budynek, a po drodze tylko dwa razy zatrzyma się obok maszyny z batonikami i raz na siku.

Oczywiście inaczej rzecz się ma, gdy alarm przydarzy się w trakcie jakiegoś wykładu, no bo wtedy to w mojej sali odbywa się „Jaka to melodia?”, edycja dla geniuszy; moi studenci to już po pierwszej nutce są na zewnątrz uczelni i oni biegną tak szybko, ale to tak szybko, że ja to tylko raz w życiu byłam człowiekiem, który tak szybko biegł, i to było wtedy, gdy byłam nad morzem i mewa mi chciała ukraść frytkę.

No i na przykład ostatnio na zajęciach to ja im opowiadam jakąś ekstremalnie ciekawą historię, nie pamiętam dokładnie o czym, ale ponieważ ona była ekstremalnie ciekawa, to najpewniej była o wariancji resztowej albo współczynniku determinacji, bo wiecie, to są tacy celebryci regresji, Beata Kozidrak matematyki, nie to co na przykład takie przedziały ufności, lichy kabaret statystycznego świata, pffff, nuda. I ja tak moim studentom opowiadam o czymś superciekawym, wtem alarm! No i jak oni ten alarm usłyszeli, to trzy sekundy później już nikogo nie było w sali, wszyscy stali na zewnątrz zbici w jedną nieokreśloną masę jak najwspanialsze w życiu bierki, a alarm wył, ija, ija. Dopiero po chwili dotarła do nich groza tej sytuacji. Szeptać między sobą zaczęli nerwowo, rozglądać się na boki, aż w końcu wydelegowali jakiegoś ochotnika-bohatera, który klepnął mnie w ramię i – w połowie w strachu, a w połowie we łzach – spytał:

– Janina, czy w sali przypadkiem nie została…

(tu wziął przerwę na oddech, łzy przełknął)

– …lista obecności?

Lista obecności! Lista obecności!!! Zdenerwowałam się. Człowiek tutaj balansuje na krawędzi życia i śmierci, ledwo wygrał pojedynek na pięści z kostuchą, wydarł z gardła śmierci dodatkowe sekundy swojego istnienia, a ich interesuje tylko lista obecności, zero szacunku do kruchej wydmuszki ludzkiego istnienia, do cudu życia, który dzieje się na naszych oczach każdego dnia!

A co by było, pytam ich, gdyby w tej sali to został jakiś ich kolega, dajmy na to kolega Paraic, bo ten to miałby największe prawdopodobieństwo zostania w płonącym budynku, no bo nawet gdybym chciała go zawołać, tobym nie wiedziała jak. No i ten Paraic, opowiadam im, to on akurat w trakcie moich zajęć postanowił się założyć z kolegą obok, że cały się zmieści pod krzesło. No, totalnie tak mogło być – on cały wszedł pod to krzesło i utknął, a kiedy zaczął wyć ten alarm, tak wyć, że ija, ija, to Paraic próbował uciekać, on rzucił się do drzwi jak bażant w krzaki na widok kojota, no ale nie zmieścił się we framugi, bo akurat był człowiekiem-krzesłem. No i teraz ten budynek to zaraz może wybuchnąć, on tak teraz płonie i płonie, ale nie możemy wykluczyć, że zaraz zrobi BOOM, a tymczasem kolega Paraic wciąż siedzi w sali z tym krzesłem na plecach i nikt o nim nie myśli, nikt! Im tylko ta lista obecności w głowie, a tymczasem ich rówieśnik, bliźniak ich studenckich doświadczeń, no dobrze, nie bójmy się tego słowa, ich przyjaciel Paraic tam płonie, aaaaa, aaaaa! Mój boże, jak on płonie, niech ktoś zatrzyma tę spiralę fizycznego cierpienia i rozpadu ducha!

– Czy wy w ogóle macie jakieś uczucia, ludzie?! – Kończę swoją opowieść wzburzona. – Nikogo nie wzrusza dramatyczny los Paraica, który zaraz zginie bohatersko tylko dlatego, że chciał udawać krzesło?!

Zamilkli. Patrzą na mnie jak gołębie na kromkę chleba, oczy mają jak spodki; nie mam żadnych wątpliwości, że w środku to płyną w nich potoki rozgoryczenia i łez spowodowane dramatycznym losem kolegi Paraica. Patrzą na mnie, myślą. W końcu jeden przemówił:

– Noooooo to zależy… – mówi ostrożnie –

…czy kolega Paraic ma przy sobie listę obecności?