Tak się złożyło, że moje ostatnie zajęcia przed urlopem wypadły w samo Halloween i z tej okazji postanowiłam przebrać się za nauczyciela, któremu zależy. Sprawy nie ułatwiało to, że tylko godziny dzieliły mnie od wyjazdu do kraju supertaniego wina ani to, że tak naprawdę to mi nie zależy. Siłą rzeczy tego eksperymentu nie mogę zaliczyć do udanych, co znaczy mniej więcej tyle, że student który przyszedł na zajęcia z miską na głowie i twierdził, że jest R2D2 najpewniej wciąż zająłby w konkursie na najlepsze przebranie miejsce wyższe ode mnie. Na samą jednak ceremonię rozdania nagród już nie zdążyłam, bo po drodze napotkałam swojego szefa, który wypowiedział najpiękniejsze zdanie mojego życia, powiedział: ok, Janina, go home, enjoy your holidays, na co zareagowałam mniej wiecej tak:

szczesliwy

Kilka godzin później siedziałam już w samolocie do Lizbony, a wszystkie swoje obowiązki przekazałam mojemu najlepszemu przyjacielowi gmail out-of-office notification, który wykonywał moją pracę równie dobrze co ja, żeby nie powiedzieć że lepiej, bo on przynajmniej odpisywał na maile natychmiast. Oczywiście Lizbona pojawiła się w naszych planach nieprzypadkowo, bo ja żadnej decyzji o podróży nie podejmuję od tak sobie, hop siup, spontanicznie jak jakiś hipis. Na przykład z góry wiadomo, że odpadają wszelkie wyprawy do krajów spoza Unii Europejskiej, bo w czasie takich podróży trzeba okazywać paszport, a ja w swoim mam zupełnie fatalne zdjęcie. Nie inaczej było i tym razem – nasze wakacje poprzedziły miesiące planowania i kilogramy uzasadnień, więc oczywiście moglibyście mnie spytać, co robiłam w Lizbonie, ale to by było absurdalne pytanie, albowiem w Lizbonie robiłam dokładnie to, co wszyscy robią w Lizbonie, a mianowicie oglądałam wydry.

Widzieliście kiedyś wydrę na żywo? Ja też nie. A w Lizbonie jest takie miłe miejsce gdzie kupujesz bilet i w cenie masz gwarantowane oglądanie wydry, i to oglądanie nielimitowane, więc jak ktoś dobrze zarządzi czasem to może i oglądać wydry na pełen etat, 8 godzin dziennie wydrzej przyjemności. No bez jaj, każdy by pojechał. Grzech nie skorzystać. Zwłaszcza, że jest w takich wydrach coś metafizycznego, co oznacza mniej więcej tyle, że jak tak oglądasz takie wydry pływające na plecach i klaszczące sobie w swoje wydrze łapki, to nagle odnajdują się odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania o ontologię zła i symbolikę dobra, na naszych oczach odwieczne zmagania myślowe z moralnością nabierają sensu, jaśniej się jawi horyzont aksjologicznych dyskursów. Innymi słowy, jak tak człowiek patrzy sobie na taką pływającą wydrę, to zaczyna rozumieć, że świat po którym pływa coś aż tak uroczego nie może być przecież zły.

DSC_0154-2 copy

DSC_0186-2 copy

Wpatrzona w uspokajającą fizjonomię wydr widziałam jak rozwiązują się wszystkie konflikty tego świata, jak dobro staje się nadrzędną kategorią świadomości wszystkich mijających mnie ludzi, jak ptaki o połamanych skrzydłach zaczynają latać. Czułam, że nagle wybaczam moim studentom wszystkie krzywdy, których od nich doznałam i czułam, że oni mi też wybaczają. No, a potem ktoś mnie popchnął, reklamówką po nogach uderzył, a towarzysz owej osoby – wiedziony najpewniej wyrzutami sumienia z powodu tej nagłej interrupcji moich rozmów z własną duchowością – pouczył ją: kurwa, Halina, uważaj jak leziesz.

Dobra, wiem co sobie myślicie – że to trzeba być idiotą, żeby pojechać do Lizbony tylko po to, żeby oglądać wydry. No oczywiście, że robiłam tam też inne rzeczy, również zawodowe. Wszak mój bystry, analityczny umysł nigdy nie odpoczywa, ta moja głowa to nie jest tylko pusty wieszak na uszy; już od pierwszego dnia swojego urlopu dostrzegłam w otaczającej mnie rzeczywistości pewną prawidłowość, a mianowicie że w Lizbonie jakaś zaskakująca liczba osób w ogóle nie ma nóg. Tak jest, oto jest jedna zasadnicza różnica pomiędzy żebrakami dublińskimi i lizbońskimi – ci irlandzcy mają z reguły liczbę kończyn przynajmniej zbliżoną do czterech. Ten stan rzeczy nie uszedł również uwadze Wojtka, który w końcu nie wytrzymał i spytał mnie o co tu w ogóle chodzi, i w jaki właściwie sposób ci ludzie potracili te nogi, bo Wojtek ma taką wzruszającą cechę, że wydaje mu się że znam odpowiedź na absolutnie wszystkie pytania tego świata, wliczając w to zagadkę ubytków ortopedycznych lizbońskich żebrakow. I choć ja z reguły wiem wszystko, to tym razem musiałam powiedzieć Wojtkowi, że nie wiem, pojęcia nie mam o co w tym wszystkim chodzi, a że niewiedza jest pierwszym krokiem ku wielkim odkryciom naukowym, to na swój post-doc planuję jechać do Portugalii liczyć ludziom nogi, w celu sprawdzenia czy średnia liczba nóg w tym kraju jest znacząco niższa od innych krajów europejskich. No chyba, że do tego czasu ktoś przetłumaczy Janina Daily na angielski, to wtedy już nigdy nie dostanę pracy na żadnym uniwersytecie na świecie.

Trzecim powodem wyjazdu do Lizbony, zaraz po wydrach i zaskakującej ortopedycznej statystyce, był mój autorski program, który na swoje potrzeby nazywam Emigranckim Erasmusem. W Emigranckim Erasmusie chodzi o to, żeby raz na jakiś czas przejechać się do jakiegoś europejskiego miasta w celu upewnienia się, że naszym rodakom żyje się tam, no dobrze, może niekoniecznie źle, ale niech chociaż gorzej od nas. Program ten uruchomiłam w zeszłym roku kiedy to wraz z kolegą Piotrem, na stałe zamieszkałym w Edynburgu, udaliśmy się do Londynu, żeby nabrać pewności że naszemu koledze Andrzejowi przypadkiem nie żyje się tam lepiej niż nam. Z Piotrem znamy się stąd, że za naszych studenckich czasów w Szkocji mieszkaliśmy razem, wraz z koleżanką Kasią i zawsze świeżą dostawą taniego alkoholu z pobliskiego supermarketu, nie licząc drobnego epizodu luksusu pewnej zimy 2010, kiedy to rzucili w sklepach 36 Guinnessów za 20 funtów.

176087_1565681627916_2384260_o copy

Obok nas mieszkał jeszcze kolega Andrzej, człowiek nieustannie zadziwiony naszym tytanowym kręgosłupem moralnym i hartem etycznego ducha, co wyrażało się głównie w tym, że mówił o nas czule: Brygada Rynsztok. Andrzej był człowiekiem dobrym, choć niepijącym, i właściwie nigdy nie doszliśmy do tego dlaczego się z nami zadaje, ale najpewniej twardy przelicznik brytyjskiej waluty sprawił, że nie stać go było na kupienie sobie lepszych znajomych. Tak czy siak, po naszym miłym szkockim epizodzie Piotr wyjechał do Edynburga, Andrzej do Londynu, ja do Dublina i z nas wszystkich tylko Kasia postawiła wszystko na jedną kartę i poszła w egzotykę, a mianowicie zamieszkała w Kielcach.

Dwa lata później spotkaliśmy się na Emigranckim Erasmusie w Londynie i wyjazd ten okazał się oszałamiającym sukcesem. Na sam początek utknęliśmy w korku, co – jak donosił Piotr – w Edynburgu się w ogóle nie zdarza, bo w Edynburgu wszystkie drogi, nawet te boczne, są szerokie jak mongolskie stepy i w Dublinie też się nie zdarza, bo – jak donosiłam ja – w Dublinie to każdy samochód ma własny pas. Potem była przejażdżka metrem. No niby spoko, niby szybko, niby się można jarać że jest się pod ziemią, jak jakiś kurwa kret, ale to metro to strasznie głośne jest. Co prawda ani w Edynburgu ani w Dublinie metra nie ma, ale jakby było, to by na pewno nie było takie głośne. No i teraz najgorzej – bo jak tak sobie staliśmy na ulicy, to podszedł do nas jakiś Londyńczyk i coś powiedział, i my zrozumieliśmy że mówi po angielsku, ba! zrozumieliśmy nawet co dokładnie do nas mówi. Co za żal.ac.uk. Gdzie ta codzienna, poranna gimnastyka umysłu, kiedy to miły Szkot lub Irlandczyk zagaduje cię w autobusie, a ty nie wiesz czy właśnie powiedział ci: dzień dobry, czy też chce od ciebie pieniądze, czy też chce ci dać pieniądze, czy też tak naprawdę nic nie powiedział, bo dźwięk który wydał okazał się być kichnięciem. No, nasz Emigrancki Erasmus w Londynie okazał się być oszałamiającym sukcesem i nawet radość udawania rodziny królewskiej pod pałacem Buckingham nie zmieniła uspokajającego faktu, że wszędzie dobrze, ale u nas jednak lepiej.

1559532_10201643549236485_851744014_o copy

Z Lizboną nie poszło tak łatwo. Po pierwsze te wydry, ta ich nonszalancja pływania na plecach i klaskania w łapki, futrzaste ucieleśnienie filozofii swim your troubles away. Po drugie alkohol tani tak, że jak dnia pierwszego zobaczyłam ceny wina w supermarkecie, to potem płakałam ze wzruszenia przez kolejne trzy dni. Po trzecie, Portugalczycy to tacy mili ludzie! Gdy raz się zgubiłam, to miły pan którego spytałam o drogę zaoferował mi nie tylko pomoc przy mapie, ale też wikt i opierunek, i to w standardzie znacznie wykraczającym poza zwyczajowe oferty hotelowe – zaoferował mi mianowicie nocleg, śniadanie i seks oralny. Oczywiście można by pomyśleć, że właśnie na wypadek takich okoliczności jeżdżę na wakacje z Wojtkiem, ale Wojtek to chłopak dobry, acz z politechniki, i w tamtym akurat momencie był zajęty zachwycaniem się jakością miejskich wyświetlaczy LED.

Sprawa nie wyglądała dobrze. Zieleń dublińskiej trawy bladła z każdym uderzeniem wydrzej płetwy i z każdym litrem taniego wina wykupywanego z lizbońskich sklepów. I gdy już myślałam, że nic nie uratuje tego wyjazdu, wtedy poszliśmy do restauracji i zamówiliśmy piwo. Chciałabym skomentować owo piwo: [‘]

Więc nie wiem kto jest obecnie w Portugalii ministrem browarnictwa, ale ktoś powinien mu w końcu powiedzieć, że piwo 0.2l to nie jest piwo. Piwo 0.2l to jest żart i to jeszcze na dodatek żart nieśmieszny, jeden z tych które co roku przy Wigilii, począwszy od roku 1978, opowiada wujek Edward i który śmieszy, ale tylko z litości, a to i tak tylko przez pierwsze dziesięć lat. Piwo 0.2l okazało się być jedynym gwoździem do lizbońskiej trumny, acz gwoździem kluczowym, bo ja nie chcę żeby moje dzieci wychowywały się w kraju, w którym piwo podaje się w tak żenująco małych szklankach, bo to nieprawda że rozmiar nie ma znaczenia; rozmiar ma oszałamiające znaczenie, zwłaszcza jeśli dotyczy piwa lub limitu na karcie kredytowej.

Szalenie zadowoleni z wyników tej edycji Emigranckiego Erasmusa wróciliśmy z Wojtkiem do Dublina, poszliśmy do pubu i zamówiliśmy piwo, a miły pan barman polał nam pół litra Guinnessa i to jeszcze trochę za bardzo, bo aż się lało po ściankach, najpiękniejszy widok świata. W pełnym spokoju ducha mogliśmy wrócić do swojego irlandzkiego, emigranckiego życia, skupionego głównie wokół nerwowego oczekiwania aż ktoś spyta hej, jak leci?, żeby można mu było przypadkiem opowiedzieć o naszych odciskach na rękach od jedzenia sushi pałeczkami i odleżynach od spania na pieniądzach.

 

Szkocki akcencie, tęsknię za Tobą bardzo: