Z rzeczy świetnych, to jedziemy wkrótce z mężem moim najwspanialszym, pierniczkiem moim lukrowanym w tej gorzkiej kawie życia, na urlop. Długo się zastanawialiśmy, w jakim to miejscu wskoczyć mamy w puchate objęcia wakacji i słodycz braku obowiązków, aż w końcu zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Polski, no bo kto bogatemu zabroni. No i trochę też dlatego, że mój brat powiedział, że możemy u niego spać i do woli używać jego tostera w kształcie głowy Lorda Vadera, co w głowie mojego męża brzmiało jak słodka obietnica soku z mango wyciskanego nam co rano przez okoliczne lemury na egzotycznych wyspach.

A teraz Wam powiem, gdzie jedziemy, bo to jest absolutnie najklawsza rzecz na świecie i ja wiem, że teraz część z Was powie, że słowo “najklawszy” nie istnieje, ale to nie jest prawda, po prostu nikt go jeszcze nigdy nie użył, bo nie przytrafiło mu się nic tak najklawszego na świecie jak mnie. Niemniej by prawidłowo opowiedzieć tę historię, to musimy się cofnąć do tego momentu mojego dzieciństwa, kiedy to miałam lat kilkanaście i najpewniej akurat byłam zajęta swoimi typowymi rozrywkami, typu graniem w bierki smażonymi paluszkami rybnymi sama ze sobą, gdy przyszła do mnie mama i spytała, gdzie chcę jechać na wakacje.

Bo wiecie, moi rodzice to co wakacje wysyłali mnie i moje rodzeństwo w różne miejsca, na wielotygodniowe obozy i kolonie, i mnie się całe życie wydawało, że im to musi być szalenie smutno, gdy nagle ich wszystkie dzieci wyjeżdżają z domu, ale jak tak teraz o tym myślę, to to chyba nie do końca jest prawda. W sumie to w tej kwestii zaczęłam nabierać podejrzeń wtedy, gdy kiedyś tak bardzo im się śpieszyło, by odwieźć mnie i moją siostrę na obóz, że zrobili to o dwa dni za wcześnie.

W każdym razie moja mama spytała, gdzie chcę jechać na wakacje, a ja jak każde typowe dziecko powiedziałam, że chcę jechać na festiwal filmowy, oglądać czterogodzinne filmy o koniu we mgle, a ten film o koniu we mgle* to była piękna filmowa metafora koni, co chodzą we mgle. I pojechałam, i przez sześć lat z rzędu, co wakacje, jeździłam oglądać konie we mgle na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, i było wspaniale, i tym samym czymś zupełnie najklawszym jest to, że tym razem jadę znowu, i tym razem – po raz pierwszy – z mężem.

*“Koń turyński”, reż. Bela Tarr

I ja kocham to wydarzenie, bo to jest taki doskonały festiwal totalnie nieoczywistego kina, pięć filmów dziennie codziennie, każdy może kupić sobie bilet i obejrzeć coś fajnego, a wiecie, te filmy to kręcą tacy ludzie, co to zamiast powiedzieć, że nie chciało im się biegać, to tworzą z tego długie i skomplikowane historie o tym, że napadł ich żbik, i tym samym ja bardzo lubię te filmy, no bo to zawsze miło spotkać kogoś ze swojej planety.

Więc generalnie to planujemy z Wojtkiem robić we Wrocławiu rzeczy typu: super, a wszystko na zaproszenie T-Mobile, które potrzebowało reportera na czas festiwalu, no i zadzwonili do mnie, bo okazało się, że DD reporter jest już niedostępny. To znaczy – dokładniej rzecz ujmując, to oni zadzwonili do mnie powiedzieć, że potrzebują posiłków, a dalej to już nie słuchałam, no bo jak usłyszałam: posiłek, to już stałam spakowana przy drzwiach.

Mój mąż zaś powiedział, że ten festiwal filmowy to świetny pomysł i w takim razie on już prasuje swój surdut, żeby wtopić się w tłum, bo tam to na bank wszyscy chodzą w surdutach i piją wodę kokosową z kałuży, a ja na to powiedziałam to, co powiedziałaby absolutnie każda żona usłyszawszy słowo: surdut, to jest spytałam, gdzie on był przed chwilą, w sklepie czy w XIX wieku?

I co prawda po długich negocjacjach udało mi się przekonać męża, że może przestać szukać surdutu, bo to jest zupełnie niekonieczne, jako że to jest taki festiwal dla absolutnie wszystkich, a nawet dla Janin, i on niechętnie, ale się zgodził, choć teraz twierdzi, że bez tego surdutu to idiotycznie będzie wyglądał w binoklach. A przez kolejne dwa tygodnie będziemy we Wrocławiu robić rzeczy super i ja Wam to wszystko będę opisywać tutaj, i na twitterowym koncie T-Mobile, albowiem ich miły człowiek Piotr dał mi do niego pełny dostęp i powiedział, że mogę robić co chcę, choć prawdą jest, że następnie zdecydował się wyjechać z kraju, żeby tego nie oglądać.

No i jeszcze jedna świetna rzecz dla #DrużynaJanina Wrocław, to jest że w trakcie Nowych Horyzontów T-Mobile co roku sypie piasek i rozkłada leżaki, i tworzy plażę, co jest samo w sobie doskonałe, acz szalenie niedopracowane, bo na tej plaży to ja nigdy żadnej foki nie widziałam. I wiecie, kto to zmieni? MY. Yaaay, mam nadzieję, że skaczecie z radości!

Tak jest, moi drodzy, szykujemy dla Was coś najklawszego, szykujemy wydarzenie, w czasie którego na tejże plaży będziemy klepać foki z piasku, więc szykujcie wiaderka i łopatki, a szczegóły przekażę Wam już wkrótce. Tylko najpierw osobiście muszę się na tę plażę przejść i wyklepać jakąś fokę testową, wiecie, sprawdzić jakość naszego drogocennego kruszca, bo to potem nie chcemy obciachu, że my wszyscy będziemy klepać foki z piasku, a potem okaże się, że wyglądają jak uchatki.

I chwilowo tyle Wam chciałam powiedzieć – że jeśli w najbliższym czasie zobaczycie we wrocławskich kinach kogoś, kto wygląda jak ja i jest w towarzystwie kogoś w surducie i binoklach, to najpewniej będę to ja wraz z totalnie obcym, nieznanym mi człowiekiem.