Pamiętacie, jak Wam pisałam, że pan z Dekatlonu powiedział mi kiedyś, że najwięcej batów dla koni sprzedają w walentynki? Otóż okazało się, że to ledwie wycinek, ochłap jedynie szalenie istotnych stastyk dotyczących tego święta i tak na przykład ostatnio dowiedziałam się, że co roku 14 lutego w USA zostaje poczętych 11 tysięcy dzieci, a najczęściej kupowanym prezentem walentynkowym dla psów jest strój owada, przy czym te dwa fakty, to jest posiadanie w domu stroju owada, a dziewięć miesięcy później – dziecka, najpewniej nie są ze sobą powiązane. Znaczy – tak do końca to nie wiem, bo nie mogę tego sprawdzić, bo nie posiadam w domu stroju pszczoły czy tam innego żuka, ale w sumie dziecka też nie.

Dobra, nie oszukujmy się, jakbym miała być owadem, to wiecie jakim bym była? Turkuciem podjadkiem. Czaicie? Turkuciem PODJADKIEM. Ha ha!

Poza tym okazało się, że walentynki to taki dzień, w którym bardzo wiele osób się stresuje, co głównie wynika z faktu, że oczekiwania rozmijają im się z rzeczywistością, no i co Wam powiem, tak właśnie się kończy posiadanie w życiu jakichkolwiek oczekiwań. Ja na przykład w zeszłym roku upiekłam mężowi wspaniałe walentynkowe ciasto z sercem w środku, wedle wzoru w internecie upiekłam, i co, widać między nimi jakąkolwiek różnicę? Nie sądzę. Mój mąż w każdym razie żadnej nie zauważył, ale może być tak, że to dlatego, że łzy wzruszenia zalewały mu oczy.

tort_Ink_LI

Tak czy siak, ja zmierzam do tego, że w gruncie rzeczy walentynki to taki miły dzień, niezobowiązujący, w czasie którego można sobie ciepło pomyśleć o osobach, które powodują, że nam się robi miło w człowieku, że nam się robi tak, jakbyśmy mieli serce pełne słodkiej lemoniady. Taki miły dzień, który sobie niepotrzebnie komplikujemy. Jest nawet takie polskie przysłowie: „Idzie luty, będziesz struty”.

Koszmar walentynkowych oczekiwan (2)

To znaczy – inni będą, a Wy nie, bo oto przychodzę Was zachęcić do odnalezienia swojego wewnętrznego labradora, zostania pluszowym psem rzeczywistości, przytulenia się do idei nieskomplikowanego życia. Przedstawiam Wam swój nowy projekt, który nazwałam nonszalancko Uniwersytetem Prostego Życia.

Nazwę taką wybrałam z powodu takiego, że tworzy ona prosty, melodyjny i wpadający w ucho skrót: UPŻ, no dalej, spróbujcie to wypowiedzieć na głoś: upż, upż, UPŻ, mój boże, to jakby słuchać Toccaty D-moll Bacha granej na harfie przez białe gołębie, a przygrywają im łabędzie na lutni. Tylko z tym UPŻ to nie wypowiadajcie tego zbyt głośno, bo nie mogę ręczyć za to, że ten odgłos to nie jest jakiś okrzyk wojenny oposów i zaraz nie będziecie mieć pod drzwiami stada dzikich zwierząt.

Uniwersytet Prostego Życia obejmuje pięć publikacji (taki pisanych i takich, w których będą się ruszać obrazki. RUSZAĆ OBRAZKI!!!) od dzisiaj przez kolejne dwa tygodnie, czyli tak w sam raz, żebyście byli wyposażeni w komplet umiejętności miękkich niezbędnych do przeżycia walentynek. W tym czasie udzielę Wam odpowiedzi na immanentne pytania człowieka stojącego w obliczu tego święta, to jest:

1. Jak podrywać dziewczyny na martwą ośmiornicę?
2. Co odpowiadać babci, gdy ta pyta, czy masz sympatię?
3. A także – w celu poprawy bezpieczeństwa Waszych walentynkowych spacerów po parku – dlaczego nie warto się procesować z łabędziem?

Ja wiem, że teraz wszyscy ci, którzy mają już dawno założone sprawy sądowe z łabędziami, to myślą sobie, że rychło w czas, Janina, wielkie dzięki, też mi pomoc, teraz to już – nomen omen – po ptokach, no ale to nie szkodzi, to nic straconego, tym osobom to ja opowiem, czemu to co zrobili, to zrobili totalnie źle, a w tym to ja mam ogromne doświadczenie, no bo jestem żoną, więc to trochę mój zawód.

Cały cykl powstał we współpracy z T-Mobile i ja wiem, co Wy sobie teraz myślicie, teraz wszyscy w strachu, no bo T-Mobile → Mobile → mobilność, a stamtąd to już rzut ptysiem do (straszne słowo) ruchu, a to człowiek nie po to przez ostatnie 20 lat barykadował się w dresie, żeby mu teraz rzucano w twarz wysiłkiem fizycznym. Otóż nie, nie, T-Mobile realizuje tę akcję w ramach promocji swojej nowej oferty na kartę, której przyświeca hasło, że po co sobie komplikować i oni tak sobie wymyślili, że ta oferta jest taka superprosta i wygodna, więc znajdą do współpracy ludzi, którzy kojarzą się z ułatwianiem sobie życia i wygodą, i pomyśleli o mnie. No, serio, ja też nie wiem dlaczego. Chociaż jak patrzę na hasła kluczowe po których trafiacie na moją stronę, to widzę, że tak bardzo to się nie pomylili.

google2

W każdym razie jak do mnie napisali, to ja im długo nie odpisywałam, bo akurat byłam na siłowni. Nie, żart, akurat byłam zajęta zdrapywaniem czekolady z kanapy przed przyjściem męża, żeby nie zauwazył, że zjadłam bez niego. Takie tam rozrywki dorosłych ludzi.

No więc ja dla Was piszę i maluję (RUCHOME OBRAZKI!!!), Wy odnajdujecie swoje wewnętrzne labradory, a T-Mobile podtyka nam poduszki pod głowę, żeby nam wszystkim było wygodnie. Ta akcja ma dla Was szalenie poważne implikacje, bo wiąże się z tym, że przez najbliższy czas będę pisać dla Was trochę więcej i to o jeszcze ważniejszych rzeczach niż zazwyczaj, no bo o tych procesach sądowych z łabędziami, czyli to w sumie będzie taka “Magda M”, edycja ornitologiczna. Z tym, że te łabędzie to będą dopiero na drugiej lekcji, albowiem na pierwszej to nauczymy się w jaki sposób podrywać na mrożoną ośmiornicę. Ponieważ w nauczaniu najważniejsza jest praktyka, to bardzo proszę przyjść przygotowanym do zajęć, w celu uzyskania najlepszych wyników będziecie potrzebować: dziewczynę/chłopaka (wedle potrzeb), mrożoną ośmiornicę, gerbera. No a potem to już tylko suknię ślubną i kanapę, by żyć razem długo i leniwie.