Przychodzi do mnie mój mąż, stoi, patrzy, czeka aż skończę coś robić, a gdy już zobaczył, że w końcu na niego patrzę, to wtedy nagle z impetem osuwa się na okoliczne krzesło, wiotki taki niczym meduza, oznajmia: „jestem chory!”. Mój boże – myślę sobie, oczywiście jednocześnie dzwoniąc na pogotowie, jako i na straż pożarną, że halo, proszę przyjechać, będziemy potrzebować wielu litrów wody, by ugasić ten ogień palący męską skroń, i jeszcze mówię Wojtusiowi, że skoro źle się czuje, to może niech pójdzie sobie poleżeć do łóżka, odpocząć, pograć w grę, a on mi na to mówi, wciąż wisząc na tym krześle jak ta meduza, że w sumie to on jest taki słaby, że nie ma nawet siły zagrać w grę, NIE MA NAWET SIŁY ZAGRAĆ W GRĘ!!!!

No więc jak on mi to powiedział, to ja natychmiast zaczęłam wybierać inny numer telefonu, to jest zamawiać mu trumnę z drewna brzozowego, a te niepozorne, acz niezwykle wytrzymałe brzozowe witki, miały być metaforą wojtkowego życia i jego niezłomnej walki z chorobą. A gdy już przekonałam go, że być może naprawdę najlepiej będzie mu w łóżku, że nawet najdzielniejsze meduzy powinny dryfować w bezpiecznych falach pościeli, zamiast schnąć na brzegu krzesła, gdy już owinęłam go kołdrą szczelnie jak krokieta, gdy upewniłam się, że z tego pierzynowego fortu na froncie walki z chorobą wystaje mu tylko czubek głowy i fragment rozgrzanych polików, to wtedy mąż mój ostatkiem sił, słabym głosem człowieka, który powoli się poddaje, zatrzymał mnie w drzwiach cichym okrzykiem:

– Janina!

On krzyknął „Janina!” i w tym okrzyku było tyle uczucia, tyle heroizmu, tyle poświęcenia chorego mężczyzny, któremu ostały się już tylko okruchy jakichkolwiek sił, że aż zatrzymałam się w drzwiach, oczekując na te ważne słowa, które chce mi przekazać mój mąż w tych najtrudniejszych, przeziębieniowych chwilach swojego życia.

– Janina! – krzyknął ponownie mąż mój, tym razem jakby słabiej –

…pamiętaj, by zakopać mnie z moim Nintendo.

No spoko. Jaki faraon, taki majątek.