Lunapark życia, czyli o pluszowościach studenckich czasów

Ach, studia. Jako człowiek lekko potrącony pędzącym rydwanem czasu, który płacze z rozrzewnienia na widok kasety magnetofonowej i być może czasem kiwa się w autobusie do największych hitów Ryszarda Rynkowskiego, wciąż z nostalgią wspominam ten prominentny okres triumfu młodzieńczego ducha. Choć muszę Wam powiedzieć, że moje studia to nie były fju bździu, lelum polelum, wakacje na mazurach. To był trwający pięć lat melanż ostateczny, moralna degrengolada, alkoholowa chłosta, która skończyła się dla wszystkich jej uczestników tytułem magistra. Życie na studiach zdarzyło mi się już kilka ładnych lat temu, ale wciąż myślę o tych czasach z rozrzewnieniem. Odwrotnie niż moja wątroba.

Oczywiście bądźmy poważni, to nie było tak, że przez te pięć lat wraz z moimi studenckimi towarzyszami my się tak tylko bawiliśmy w tym lunaparku życia – my robiliśmy też wtedy szereg niezwykle istotnych rzeczy, kluczowych dla naszego rozwoju: udawaliśmy konie na osiedlu w drodze do sklepu po kokosowe draże, zjeżdżaliśmy po schodach na pudełkach po pizzy i być może od czasu do czasu jeździliśmy tramwajem od pętli do pętli, bo nie chciało nam się wysiąść.

Nie żeby teraz coś się w tym względzie zmieniło, ja czasem sobie tak idę korytarzem, to mi się rzucają na uszy dyskusje moich studentów o sprawach najważniejszych, typu: ekonomia współczesnej gospodarki rynkowej, osobliwość metodologiczna etyki heteronomicznej, a także czy iść dziś wieczorem na trzy browary, czy jednak na trzynaście? Nie mówiąc już o tych bohaterach, co to chodzą na moje zajęcia tylko w zimie, bo wtedy jest ogrzewanie za darmo, dajcie spokój, niech pierwszy rzuci kamień, kto kiedyś nie sprzedał wszystkich grzejników w chałupie za kratę browarów i jo-jo. Och, co za czasy, to już nie wróci! Bo ja nie mam żadnych wątpliwości, że to jest tak, że gdy człowiek wypełnia swojego pierwszego w życiu PITa, to zaraz potem wsiada w kajak odpowiedzialności, przepływa w rzece własnych łez na drugi brzeg wyspy dorosłości, i potem już nic nigdy nie jest takie samo.

Niemniej pamiętam również te dramatyczne momenty z moich studenckich czasów, gdy ktoś postanowił trochę przed czasem zmoczyć kostki w tej rzece odpowiedzialności, to znaczy przychodził taki ochotnik-bohater i oznajmiał nagle, tak zupełnie bez uprzedzenia, że oto dziś nie będzie mógł dołączyć do naszego tradycyjnego leżenia na trawie albowiem POSZEDŁ DO PRACY, jak jakiś dorosły człowiek. Ja właściwie też to kiedyś zrobiłam, ale ja na studiach miałam taką robotę marzeń, taka to była wata cukrowa wszelkich obowiązków i pączuś odpowiedzialności, albowiem ja pracowałam w takiej fundacji, co zajmowała się grantami unijnymi, i tam było bardzo dużo dokumentów, które trzeba było podbijać trzema różnymi pieczątkami na każdej ze stron, i bywały dni, że ja nic innego nie robiłam, tylko te pieczątki przybijałam i płakałam ze wzruszenia, no bo to było jak ta moja totalnie ulubiona dziecięca zabawa w pocztę, z tym że lepsza, bo bez tej dramy, kiedy to człowiek nie mógł się powstrzymać i lizał tusz do pieczątek, a potem przez tydzień miał zielony język. To znaczy: jak byłam dzieckiem to tak robiłam, jak pracowałam w fundacji to już się powstrzymywałam, chociaż nie bez żalu.

No i z czasem rosła nam liczba takich ochotników bohaterów, którzy robili w czasie studiów najróżniejsze rzeczy; w pracy, na stażu lub na praktykach. Czasem za pieniądze, a czasami nie, czasem zgodnie z tym, co robią teraz zawodowo, a czasem nie bardzo. A co nam z tego przyszło, z tej całej odpowiedzialności? No niektórym: stałe zatrudnienie, innym: doświadczenie, jeszcze innym: rozwój kluczowych kompetencji typu powstrzymywanie się od jedzenia aż do czasu pory lunchu. Bo wiecie, to jednak zawsze dobrze sprawdzić w praktyce, czy się pasuje do danej firmy albo stanowiska, albo obowiązków, choć oczywiście niektórych rzeczy to człowiek nie przewidzi, na przykład ja swoją obecną pracę całkiem lubię, co nie zmienia faktu, że dostałam biurko przy oknie, w którym notorycznie pojawia się psychopatyczny gołąb i mnie straszy.

Warto sprawdzać na takich stażach, praktykach i pierwszych pracach, co lubimy robić (na przykład chodzić na przerwy), a czego nie lubimy (na przykład kończyć przerw), jakie są nasze mocne strony (typu celebrowanie przerw) i te trochę słabsze (jak wpadanie w histerię, gdy kończy się przerwa). A takich możliwości możecie szukać na przykład na stronie partnera tego wpisu, to jest serwisu Pracuj.pl. Tylko czytajcie te oferty uważnie, żebyście potem w robocie nie musieli prowadzić walk psychologicznych z gołębiem za oknem.

Bo wiecie, gdy wszyscy skończyliśmy studia, to trochę było tak, że nikt się niczego nie spodziewał, a potem nagle ciach, człowiek dostaje obuchem w głowę i cały jest w szoku, kto go tak napadł i kto go tak pobił, że teraz tak wszystko go boli, a tu się okazuje, że to była dorosłość. Która boli zawsze, ale takim kojącym plastrem na rany na otwartym sercu związane z tą chłostą od życia, jest posiadanie już jakichś wpisów w CV, które choć trochę wyłożą tę trudną drogę ku rynkowi pracy folią bąbelkową doświadczenia.