Od paru dni jestem w kraju i sumiennie staram się wypełniać wszystkie obowiązki człowieka-Polaka, głównie poprzez udzielanie wszystkim paniom z pobliskich spożywczaków bardzo nisko oprocentowanej pożyczki na kwotę 1 grosz. Poza tym dziś jeszcze postanowiłam przejechać się pociągiem, no bo kto bogatemu zabroni. Pani w kasie obiecała mi, że w pociągu będzie prąd i wi-fi, niemniej okazało się , że prądu nie było, wi-fi nie było i tak się złożyło, że wagonu też nie było. Nie że w ogóle żadnego wagonu, bez przesady. Były jeden wagon z numerem 1, drugi wagon z numerem – jak można się spodziewać – 9, trzeci wagon z numerem 11, no bo dlaczego nie, i 25 osób na dworcu z biletem na miejscówkę w wagonie 14. Sporo osób na dworcu trochę się zdenerwowało tą sytuacją, ale mnie ona raczej napełniła spokojem ducha, albowiem tak oto odnalazło się rozwiązanie dręczącego mnie od lat koszmaru – już nie muszę się martwić tym, gdzie moi niezwykle utalentowani matematycznie studenci znajdą pracę po studiach. Okazuje się, że bez problemu w PKP.

Wiem, że nie tylko ja się martwiłam. Wielu z Was wyraziło zatroskanie stanem wiedzy irlandzkiego społeczeństwa po ostatnich doniesieniach o 380% zdrowych Irlandczyków, ale śpieszę uspokoić, że jeśli chodzi o system szkolnictwa, to jest on obecnie w trakcie reform, o czym wiem, bo ostatnio pod moimi oknami trwał protest przeciwko irlandzkiemu systemowi edukacji, który to protest gorąco popieram, zważywszy że część protestujących zrobiła błędy gramatyczne na swoich transparentach.

Owe reformy obejmują zresztą wiele ważnych wydarzeń, na przykład na moim uniwersytecie obejmują wprowadzenie bardzo ciekawych studiów podyplomowych, które nazywają się 21st Century Teaching and Learning i którymi ostatnio przyszedł mnie zainteresować mój szef, ale byłam zmuszona powiedzieć mu, że jestem zupełnie fatalnym kandydatem na owe studia, albowiem jako człowiek, który wyprzedza swoją epokę potwornie bym się na nich nudziła. Znacznie więcej pożytku miałabym ze studiów na temat 22nd Century Teaching and learning – tłumaczyłam mu – więc pozwolę sobie poczekać aż taki kierunek otworzą, a on mi na to powiedział, że od nadmiaru wiedzy jeszcze nikt nie umarł, a ja mu powiedziałam, że jeśli to rzeczywiście sprawdzona informacja, ta o tym, że nadmiar wiedzy niekoniecznie jest śmiertelny, to dobrze by ją było rozpowszechnić wśród moich studentów, bo mam wrażenie, że do wielu z nich jeszcze ta wiadomość nie dotarła.

Chociaż musicie wiedzieć, że ostatnio wzięłam zastępstwo za koleżankę, która okazała się być niedysponowana na okoliczność swoich zajęć, a to z powodu takiego, że jest bardzo towarzyska i dzień wcześniej spotkała się ze swoim kolegą Martini. I choć dzień po tych miłych spotkaniach towarzyskich alkomat wykazał, że jest w pełni gotowa do prowadzenia pojazdów zmotoryzowanych, o tyle wciąż nie spełniała znacznie bardziej wymagających kryteriów zezwalających na uczenie studentów, a to z powodu takiego że jeśli jest jedna rzecz, na której nasi studenci się znają, to jest to alkohol. Taki właśnie jest problem ze studentem – korelacji to nie rozpozna choćbyś i mu ją rzucił w twarz, ale skacowanego człowieka, podobnie jak mur chiński, to dostrzeże z kosmosu.

Tak czy siak, owo zastępstwo było superklawe, albowiem nie wymagało ode mnie absolutnie żadnego zaangażowania, bo owa koleżanka wymyśliła, że studenci mają coś tam sobie rysować w grupach i jeszcze rzuciła im kredki w 24 kolorach, a wiadomo, że 24 kolory to zawsze na propsie, bo to zawsze tylko przez połowę zajęć trzeba się kłócić z kolegą, żeby oddał ci czerwoną. To zresztą sprawiło, że studenci pracowali żwawo i chyba nawet okazywali ślady czegoś, co można nazwać entuzjazmem, bo sama o entuzjaźmie tylko słyszałam, generalnie to nie znam człowieka. No, a potem poszłam poprowadzić swoje własne zajęcia.

Generalnie to zdaje mi się, że gdy pan Dante pisał Boską komedię, to machnął się w matematyce, a dokładniej rzecz ujmując to zapomniał o dziesiątym kręgu piekła, jakim niewątpliwie jest moja grupa w czwartki o 10 rano. To jest taka grupa, że ja nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że mój szef skompletował ją z ludzi, których napotkał w jakimś przypadkowym miejscu, najpewniej w miejskim więzieniu i pod pobliskim sklepem monopolowym, i płaci im za to, żeby co tydzień przychodzili na moje zajęcia, tylko po to żeby mnie ukarać. To jest taka grupa, że w przeciągu całego semestru łącznie wypowiedzieli do mnie może ze dwa zdania, ale to był raczej wyjątek niż reguła, bo głównie zajęci są milczeniem, oprócz tego jednego studenta, który zawsze mówi na głos to, co wszyscy sobie myślą.

ridiculous_class

Dziś jednak spojrzałam na tę grupę z pewnym rozrzewnieniem, najpewniej z powodu takiego, że to były moje ostatnie zajęcia przed urlopem i ostatnie zajęcia z tymi studentami w ogóle. Spojrzałam na ich nieskalane poważniejszą myślą twarze, włosy ogniste (najpewniej rozpalone żądzą wiedzy), oczy przepełnione nadzieją na lepszą przyszłość, czyli byle jaką przyszłość, byle tylko obejmowała wcześniejsze wyjście do domu. Zrozumiałam jak wielką krzywdę im wyrządzam tą statystyką swoją, która w żaden sposób nie podąża z prądem ich myśli swobodnych, nie pieści umysłów stworzonych do rzeczy wielkich, nie zaspokaja ich głodu odnajdywania odpowiedzi na immanentne pytania tego świata. Zrozumiałam, że każde równanie, które im pokazuję, jest jak cegła rzucona w nieskazitelnie czyste okno ich ciekawości świata, a rozsypane wszędzie okruchy szkła kaleczą boleśnie ich swobodę myśli i potencjał tworzenia. Innymi słowy – spojrzałam na moją grupę z dziesiątego kręgu piekła i zrozumiałam, że te zajęcia i tak nie mają sensu. Postanowiłam wznieść sie na wyżyny swojej inteligencji pedagogicznej. Hey – spytałam – is there anyone here who doesn’t care?

kto chce isc wczesniej do domu

I w ten sposób podzieliłam swoją klasę na dwie podgrupy. W mojej głowie była to podgrupa rokująca i podgrupa, która po 12 tygodniach nauki wciąż ma w swoje głębokie przekonanie graniczące z pewnością, że współczynnik, po angielsku coefficient, to gatunek francuskiego sera. Oficjalnie, by dostosować się do wymogów panujących w tym poprawnym politycznie kraju, była to grupa zainteresowanych i grupa niezainteresowanych. Zainteresowani rozwiązywali zadania związane z wykresem rozrzutu. Niezainteresowani dostali zadanie na miarę swoich potrzeb – mieli połączyć kropki, ale żeby nie ograbić tego zadania z ambicji, to kropki należało połączyć w motyw świąteczny. Generalnie to pracowali prężnie, pomijając tego studenta, który nie rysował wcale, bo zapomniał długopisu i tego, który poprosił o drugą kopię kartki, bo nie zrozumiał polecenia.

I wiecie co? Ja jestem człowiekiem, który potrafi przyznać się do własnych błędów i zbyt pochopniętych wniosków. No z której strony by nie patrzeć, może jednak jest w tej grupie jakiś potencjał:

balwan2