Ostatnio rzadko widuję swojego męża, bo większość swojego czasu spędza on w garażu, gdzie płacze przytulony do swojego samochodu. To wszystko dlatego, że po 10 latach w końcu uzyskałam uprawnienia do prowadzenia pojazdów kategorii B, to jest samochodów, wliczając w to samochód Wojtka. Musicie wiedzieć, że ja posiadam wiele cech, które czynią ze mnie wyśmienitego kierowcę. Po pierwsze, wspaniale radzę sobie ze stresem i zarządzaniem własnymi emocjami. Na przykład, gdy pięć lat temu przyjechałam do Irlandii, to aplikowałam do roboty, które polegała na rozdawaniu dzieciom balonów w Makdonaldzie, ale mnie nie przyjęli, bo nie przeszłam testów psychologicznych. Wiadomo, i właśnie dlatego zostałam nauczycielem. Po drugie, często mam problemy z podejmowaniem decyzji, tak myślę, ale może jednak nie mam, albo czasem mam, a w sumie to nie wiem. I wreszcie po trzecie, to nie rozróżniam strony prawej od lewej, ale to akurat nie kłopot, bo w tym kraju i tak jeżdżą na odwrót.

anigif_enhanced-4220-1395262751-3

Mój unikalny talent motoryzacyjny pozostał nierozpoznany przez polski związek motorowy przez dziesięć lat, natomiast ten irlandzki rozpoznał go natychmiast, choć może być tak, że to dlatego, że żeby otrzymać irlandzkie prawo jazdy to nie trzeba nawet umieć odpalić samochodu, wystarczy zdać egzamin teoretyczny i wyruszyć na drogi, i ja uważam, że to jest świetne rozwiązanie, wyśmienity sposób na to, by sprawdzić działanie teorii Darwina w praktyce, wiecie, tej o tym, że podobno przetrwają tylko najsilniejsi, i w tym akurat kontekście to dotyczy zarówno osobników indywidualnych, jak i małżeństw.

Albowiem postanowiłam, że to Wojtek nauczy mnie jeździć.

Wyobrażałam to sobie tak:

giphy (1)

 

Było tak:

Tego ranka, kiedy to mieliśmy odbyć moją pierwszą jazdę, napotkałam swojego męża wpatrzonego nostalgicznie w deszcz padający za oknem i nie miałam żadnych wątpliwości, że w każdej martwej deszczowej kropli spływającej po szybie widzi on odzwierciedlenie swojej własnej rozpaczy, a na cienkiej powierzchni wody odbija mu się wspomnienie tego momentu naszego ślubu, kiedy pani urzędnik powiedziała: „a czy ty, Wojciechu…”, a on nieopatrznie odpowiedział: „tak”. Idziemy do samochodu. Ja wsiadam, Wojtek wsiada. Wojtek wsiada, patrzy na mnie, patrzy obok, dziwi się, patrzy jeszcze raz, w końcu pyta:

– Nie wzięłaś zeszytu? To gdzie będziesz zapisywać wszystkie moje złote rady?

I to był dopiero początek.

Na miejsce akcji jechaliśmy dość długo, bo przez całą drogę Wojtek starał się udowodnić mi, że nasz samochód posiada tylko dwa biegi, a ja mu mówiłam, że ja widzę sześć, a on mówił, że te cztery najwyższe niestety nie działają i jeszcze pytał retorycznie co się stało ze starą, dobrą szkołą jeżdżenia ciągle na drugim biegu, nie ma takiego dystansu, którego człowiek nie może pokonać na drugim biegu, tak mi opowiadał i jechał na tym swoim drugim biegu, no bo wszystkie wyższe biegi były przecież zepsute, a tymczasem wyprzedzali nas rowerzyści, piesi i jedna pani na wózku inwalidzkim. Jednakowoż ta podróż nie była całkowitą stratą czasu, bo po drodze Wojtek odpytywał mnie jeszcze z zasad ruchu drogowego, na przykład pytał jak się zachowam, gdy będę chciała gdzieś kiedyś zaparkować, a ja wtedy mówiłam, że wrzucę pierwszy bieg, włączę kierunkowskaz, takie tam, a on mówił, że źle, że w takiej sytuacji powinnam zadzwonić do niego i gdziekolwiek będę, to on dojedzie do mnie autobusem i zaparkuje za mnie. No, tak mi mówił i jeszcze wiele innych rzeczy mi mówił, ale może być, że w pewnym momencie już go nie słuchałam zbyt uważnie, bo byłam zbyt zajęta zakładaniem sobie konta na Tinderze.

Wreszcie! Wjechaliśmy na suchego przestwór oceanu. Wiele osób myśli, że gdy Adam Mickiewicz pisał te słowa, tkał delikatne ściegi metafory o przestrzeni nieskończonej, to miał na myśli stepy akermańskie, ale to nie jest do końca prawda, nie mam żadnych wątpliwości, że miał na myśli ten parking, na którym Wojtek po raz pierwszy miał mi pozwolić prowadzić swój samochód. Parking wyglądał tak: po lewej nic, po prawej nic, nigdzie nic. Choćbym nawet chciała walnąć w jakiś śmietnik, to bym go sobie musiała najpierw kupić w pobliskiej IKEI, która to zresztą IKEA była jedynym budynkiem w najbliższej okolicy, a mówiąc ‘najbliższa okolica’ mam na myśli na oko jakieś 10 kilometrów odległości. Oczywiście moglibyście pomyśleć, że takie okoliczności w żaden sposób nie odzwierciedlają prawdziwych warunków drogowych, ale i na ten problem mój mąż miał rozwiązanie, to znaczy, że zapewnił mi profesjonalne efekty dźwiękowe związane z najważniejszymi katastrofami, które mogą mi się przytrafić na drodze. Repertuar miał szeroki: było tam zbyt bliskie spotkanie z krawężnikiem (BACH!), z innym samochodem (BACH! BACH!), koleiny (BACH! BŻŻŻŻŻŻŻŻŻ), a także przejechany kot (BACH! MIIIIIIIIIIIAAAAAAAAU), a to wszystko zanim jeszcze uruchomiłam silnik.

giphy (2)

Dobra, uwaga, ruszam. Ja ruszam, Wojtek jedną ręką trzyma za hamulec ręczny, a drugą za drzwi samochodu, nie wiem dlaczego, chyba na wypadek jakby miały wylecieć z zawiasów pod wpływem mojej szalonej prędkości. Aha, w tym miejscu historii wspomnieć muszę o jeszcze jednej rzeczy, którą warto o mnie wiedzieć, a mianowicie: okropnie boję się śmierci. No dobra, ruszyłam. Jadę. O jezu, jak ja jadę! Ja jadę tak, że życie zaczyna mi przelatywać przed oczami, tętno sto trzydzieści, nie wiem ile dokładnie mam na liczniku, bo wzrok mam zamglony łzami, ale szacuję, że podchodzę już pod piętnaście kilometrów na godzinę. Mój boże, ja nie chce umierać, ja mam jeszcze tyle dowcipów do opowiedzenia, ja jeszcze nic w życiu osiągnęłam, oczywiście oprócz tego życiowego sukcesu, kiedy to nauczyłam swojego psa się turlać. Nie chcę umierać, chcę się zatrzymać, natychmiast muszę się zatrzymać, jak to się zatrzymuje?!?!?!?

– Puść pedał gazu – informuje mnie na to Wojtek spokojnie, patrzcie go, jaki, kurwa, specjalista.

Tak dramatycznych scen, jakie wydarzyły się potem, to nie widzieliście nawet w “Obywatelu Kanie”. Ja chcę się zatrzymać, Wojtek mówi mi, że mam puścić gaz, puścić gaz, puścić gaz. Puść gaz – powtarza, ze sto razy powtarza, ja wciąż łzy w oczach, prawie siedemnaście kilometrów na godzinę na liczniku, PUŚĆ GAZ! – krzyknął Wojtek w końcu i ja się tak przestraszyłam, że puściłam, i na wszelki wypadek kierownicę też.

Stanęliśmy. Wojtek nie powiedział nic. Ani słowem się nie odezwał. Wolno odpiął pasy, drzwi otworzył, wyszedł i poszedł przez siebie. Nie miałam pewności, czy kiedykolwiek wróci. Po paru minutach znudziło mi się takie siedzenie, stęskniłam się za adrenaliną we krwi i wiatrem we włosach, otwieram okno i krzyczę do Wojtka:

– Wojtek! – krzyczę – wracaj do samochodu!
– Nie wrócę.
– Wojtek, wracaj natychmiast!
– Nie wrócę.
– Wracaj, bo cię przejadę!
– Nie przejedziesz.
– Wracaj, bo cię przejadę!!!!!!
– Nie przejedziesz.
– Wracaj natychmiast, bo cię przejadę! – krzyczę i wprowadzam w czyn: – UWAGA, PRZEJEŻDŻAM!!!! PRZEJEŻDŻAM!!!!!

Wojtek wraca. Najpewniej zreflektował się, że igra ze śmiercią.

– UWAGA, PRZEJEŻDŻAM CIĘ, PRZEJEŻDŻAM!!!! – drę się nieustająco, na co mąż mój podchodzi wolno do samochodu, nachyla się do okna i pyta łagodnie:

– A jak dokładnie chcesz mnie przejechać, skoro masz zaciągnięty ręczny?