Przychodzi do mnie mój mąż i pyta, czy wiem, jaki jest najbardziej irytujący dźwięk świata, a ja mówię, że nie wiem, a on mówi, że on też przez jakiś czas nie wiedział, dlatego przez ostatnie kilka dni testował różne możliwości i teraz już wie na pewno, jaki jest najbardziej irytujący dźwięk świata, i mówi, że on mi go teraz zaprezentuje, i prezentuje, i rzeczywiście – to jest najbardziej irytujący dźwięk świata. I pomyślelibyście, że oto była najbardziej spektakularna rzecz, która zdarzyła się ostatnio w naszym małżeństwie, ale nie, u nas to zawsze sensacja goni przygodę, a pogania je adrenalina, emocje jak w tym odcinku „Plebanii”, kiedy Józefina zakrztusiła się karpiem, albowiem chwila tylko minęła od naszego wstrząsającego odkrycia najbardziej irytującego dźwięku świata, a tu już puk, puk, atrakcja stuka do naszych drzwi, co oznacza mniej więcej tyle, że dostałam migreny.

I gdy tak sobie leżałam, i bardzo mi było źle na świecie, to tak sobie wymyśliłam, że z migreną to ja jestem jak taka meduza, czyli że takie stworzenie dość rozlazłe, a przy tym dość miałkie w sztuce dorosłego życia, no bo meduzy to raczej nie słyną z geniuszu zarządzania czasem ani trzaskania analizy SWOT, nie, one tak sobie całymi dniami pływają i pływają, ale nikt nigdy żadnej meduzy na studiach nie widział, i na prezydenta to też żadna meduza nigdy nie kandydowała.

No i ja czułam się trochę taką meduzą rzeczywistości, zupełnie pozbawioną celów w życiu, więc zawołałam męża i oświadczyłam mu, że oto umieram, więc jeśli chce mnie o coś spytać, to oto jest ostatni ku temu moment; że jeśli są jeszcze jakieś puste pola w tej mojej oszałamiającej biografii, którą chce wykaligrafować złotymi głoskami po wewnętrznej stronie serca, to teraz jest czas, by zalepić je cementem treści. A Wojtek myślał, myślał, aż w końcu wymyślił w jaki sposób mądrze wykorzystać te ostatnie momenty mojego istnienia, i zadał mi to jedno szalenie istotne, dręczące go pytanie, to znaczy spytał, jaka jest moja opinia, czy uważam, że słowo „czajnik” jest rusycyzmem?

Tak więc Wojtek spytał mnie, czy słowo „czajnik” to rusycyzm, a ja mu na to mówię, że nie wiem, ale może iść to sprawdzić, a gdy już będzie się pałętał po dżungli etymologii, to niech mi przy okazji sprawdzi pochodzenie słowa „rozwód”, a on na to mówi, że rozwód to on chciał brać ostatnio, gdy przeprowadziłam zamach na jego kruche życie, gdy on zobaczył te zasieki zastawione na jego delikatną grdykę, to struchlał, tak jest!, przy całym swoim męstwie struchlał, bo przecież nawet jego heroizm ze stali oraz żeliwna odwaga mają swoje granice, a jeśli chciałam go zabić, to równie dobrze mogłam po prostu rozsypać stłuczone szkło po jego stronie łóżka, a ja mu na to mówię, że mój boże, uspokój się, człowieku, ja jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam, żeby guzik od kołdry kogoś przez sen udusił. A on mówi, że trudno, abym słyszała, skoro ci wszyscy ludzie, ofiary guzików po złej strony kołdry, to już dawno nie żyją i jeszcze pyta, co będzie następne, czy może teraz zaczniemy spać w kołdrze w poprzeczne paski, żeby on się czuł co noc jak warzywo siekane na sałatkę, a ja mu na to mówię, że siekane warzywa to mam w tej chwili w mózgu, więc czy mógłby już sobie iść i nie odzywać się do mojej osoby, a on mówi, że no dobra, zaraz pójdzie, ale że jest jeszcze tylko jedna ważna rzecz, o której chce mi powiedzieć, a ja go pytam, czy to jest naprawdę ważna rzecz, czy też to jest tak samo ważna rzecz jak ostatnio, gdy obudził mnie w środku nocy, by spytać, czy nie uważam, że jego głowa wygląda zupełnie jak kiwi, a on mówi, że nie, że tym razem to jest totalnie ważna rzecz, a ja mówię, że no dobra, to o co chodzi, a on mówi, że chodzi o to, że zgubił osła w grze.

Więc ja leżę, w mózgu to mi trzeszczą takie dźwięki, jakby tam małpa grała na organach a opos przygrywał jej na lutni, Wojtek mi opowiada, że zgubił osła w grze, a ja na to mówię to, co każdy by powiedział w mojej sytuacji, to jest, że myślałam, że w tej grze to on ma konia, a nie osła. A on mówi, że konia to miał, ale konia mu zabili, to znaczy on go na chwilę zostawił samego, a kiedy wrócił, to ten koń już tak leżał i się nie ruszał, więc potem sprawił sobie osła i to był całkiem klawy osioł, ale on go gdzieś zaparkował i teraz nie pamięta gdzie.
I teraz słuchajcie, bo to, co się wydarzyło następne, to jest najwyższa forma związku, kwintesencja bycia żoną spełnioną, w podręcznikach małżeństwa będą pisać całe rozdziały o tej sytuacji, kiedy to Wojtek mi opowiadał o tym ośle, co go zgubił w grze, a ja nic nie musiałam mówić, nie wydałam żadnego dźwięku, nawet nie skomentowałam, oto zreflektował się sam:

– Wiem, że to moja wina, no wiem…
– stwierdził samokrytycznie po chwili. – Tyle razy mi mówiłaś, żebym pilnował swoich rzeczy!

I właśnie w ten sposób, moi drodzy, uczymy swoich mężów odkładać swoje zabawki i osły na miejsce.

***

W odpowiedzi na liczne zapytania (bo okazuje się, że zgubienie osła w grze nagle okazało się celem życiowym wielu z Was, mam nadzieję, że mamy są z Was dumne), informuję za mężem, że ta gra to “Black Desert Online. Taka koreańska gra MMORPG ze Steam’a” (zrobiłam kopiuj-wklej z SMSa, bo nie rozumiem nic z tego, co jest napisane w tym zdaniu, więc jeśli to zdanie obraża kuny albo na przykład wyśmiewa miłośników baletu, to ja bardzo przepraszam)