Idę na basen, bo – jak być może pamiętacie – ja bardzo lubię pływać, bo jak ja pływam, to się wtedy czuję totalnie jak ryba, a ryby to generalnie mają całkiem spoko życie. Znaczy – z tym byciem rybą na basenie to trzeba trochę uważać, zwłaszcza gdy się pływa na plecach, bo w świecie ryb pływanie na grzbiecie to nie jest zbyt dobry objaw, ja to sobie totalnie wyobrażam tak, że był sobie kiedyś taki ryba Kamil i on poszedł sobie na szkołę pływania, strasznie długo się uczył pływać różnymi stylami, a potem wrócił do domu, i bardzo chciał się pochwalić całej rodzinie jak pięknie pływa na grzbiecie, ale jak tylko on się na ten grzbiet przewrócił, to natychmiast żona w płacz, sąsiedzi zaczęli trumnę zbijać w ukwiałów, a syn popłynął zrywać gerbery na pogrzeb.


Więc pływanie na grzbiecie w świecie ryb to niekorzystnie, ale w świecie Janiny jak najbardziej korzystnie, a ja lubię sobie pływać również dlatego, że mi się wtedy doskonale myśli o różnych rzeczach. I ja co prawda miałam dziś taki pomysł, żeby na tym basenie to wymyślić najlepszy sposób na to, by objaśnić współczynnik determinacji r-kwadrat, ale to było zanim życie mnie sprowokowało, to jest wprowadziło na ten basen stado mężczyzn w luźnych gatkach i mój mózg wtedy natychmiast porzucił intelektualne rozważania na temat regresji i totalnie zafiksował się tylko na jednym zagadnieniu, a mianowicie na pytaniu, czy gdy mężczyźni pływają w takich luźnych gatkach to im widać siusiaki?

To znaczy, żeby być dokładnym, to ja się nad tym zagadnieniem zastanawiałam w sposób teoretyczny, nie że cokolwiek sprawdzałam empirycznie, bo zresztą nie musiałam, albowiem ja zrobiłam to, co robi każdy dorosły człowiek w obliczu problemu, którego nie potrafi rozwiązać, to jest postanowiłam zadzwonić do męża. I ja tak z tej wody cyk cyk, do przebieralni, cyk cyk, dzwonię do męża i pytam go. czy jak mężczyźni pływają w takich luźnych gatkach to im widać siusiaki, a on mówi, że totalnie i że najlepiej by było, gdybym od teraz na tym basenie pływała z zamkniętymi oczami.

No powiem Wam, że nie byłam zadowolona z tej odpowiedzi. Co prawda heroicznie wróciłam do wody, ale w jakim ja stresie byłam przez całą resztę swojego pływania, to Wy sobie nawet nie wyobrażacie. Ja tam na tym basenie to miałam trajektorię wydry po trzech browarach, ja tam zygzaki kreśliłam, żeby tylko nie natknąć się na mężczyznę w luźnych gatkach i być może raz musiałam się dla dobra sprawy również trochę podtopić.

A potem przyszło najgorsze, bo potem ja pomyślałam sobie, że dobra, czas już wracać do domu i ja chciałam podpłynąć do tej części basenu, gdzie jest miła człowiekowi drabinka do wychodzenia z wody, ale tam na tej stronie basenu to był nie jeden, nie dwoje, ale całe stado mężczyzn w luźnych gatkach i ja taka byłam w strachu, że oni mi zaraz pokażą coś, czego ja nie chcę zobaczyć, że postanowiłam nie ryzykować i wyjść z wody drugą stroną basenu, wiecie, tą głęboką częścią, gdzie nie ma drabinek, tylko człowiek musi tak się podciągnąć na ramionach, a potem hyc, wyskoczyć z wody niczym rącza łania.

Generalnie rzecz ujmując, to wychodzenie z wody jest związane z rozwojem. Jak się na przykład kiedyś pan ryba wkurwił, że mu rodzina histeryzuje, gdy pływa na grzbiecie, to wyszedł z wody i został płazem. Niemniej okazało się, że ja nie jestem jeszcze na etapie rozwojowym płaza, ja jestem jakimś totalnie niekochanym dzieckiem Darwina, ja cała byłam przygotowana do tego, żeby się podciągnąć siłą swoich mięśni, niemniej było to trochę utrudnione faktem, że ja nie posiadam jakichkolwiek mięśni.

Wydałam okrzyk wojenny. Podciągnęłam się, ale wiecie, to było takie podciągnięcie na miarę moich możliwości. Połowa Janiny leżała na kafelkach, jak najbardziej zadowolona z życia foka, a druga połowa Janiny bezwładnie pozostawała w wodzie i ja Wam powiem, że jak ja tak leżałam, to ja sama się sobą zachwycałam, bo ja w ogóle nie miałam pojęcia, ile determinacji ma dorosła kobieta, która boi się zobaczyć czyjegoś siusiaka.

Ile we mnie było heroizmu, to Wy sobie nawet nie wyobrażacie! Ja tak centymetr po centymetrze starałam się wypełznąć z tej wody, boże mój, to było takie trudne, jak te płazy to zrobiły?!?!?!? I ja tak pełzłam, pełzłam, i to wszystko trwało ledwie kilka minut, ja już byłam bardzo blisko sukcesu, a wtedy okazało się, że ja jednak mam w sobie coś z salamandry, bo wtedy ktoś obok mnie upuścił klapka na kafelki i ja się tak okropnie przestraszyłam głośnego dźwięku, że wpadłam z powrotem do wody.

I widzicie, ja taki dziś miałam dzień, ja dziś na basenie nauczyłam się dwóch bardzo ważnych rzeczy z kategorii: przyroda. Po pierwsze, że mąż mnie oszukał, tym panom wcale nie było widać siusiaka. Po drugie, że – odwrotnie niż sól czy cukier – upokorzenie wcale nie rozpuszcza się w wodzie.

***

uśmiechnięta ryba stąd