Najspokojniejszy nenufar na wzburzonej tafli pedagogicznego jeziora

Kontynuuję nauczanie przedmiotu, z którym łączą mnie uczucia chłodne niczym kostka masła wyjęta wprost z lodówki, chociaż to porównanie jest tylko nieznacznie trafione, no bo z masła to ja sobie mogę przynajmniej baranka na stół wielkanocny wystrugać, a z metod jakościowych nie. Ja na tych zajęciach jestem człowiek-whatever, mnie jest absolutnie wszystko jedno, ja co prawda przygotowana jestem, tematy jakieś mam, jakieś tam nawet zadania, niemniej ochoczo zgadzam się na absolutnie wszystkie studenckie modyfikacje mojego planu nauczania. „Czy możemy w czasie zajęć iść pooglądać martwego gołębia na chodniku?” Ależ zapraszam. „Czy możemy rysować w zeszycie walki robotów zamiast robić ćwiczenia?” Ależ bardzo proszę. „Czy możemy skończyć dziś wcześniej, by zdążyć na maraton filmów o alpakach w okolicznym kinie?” Ależ jak najbardziej. Ja jestem najspokojniejszym nenufarem na tej wzburzonej tafli pedagogicznego jeziora, nic mnie nie irytuje, nic mnie nie denerwuje, ja tylko raz zadzwoniłam na policję w trakcie zajęć, żeby zgłosić przestępstwo z nienawiści jakiego dopuszcza się moja uczelnia poprzez ustawienie na wszystkich komputerach Internet Explorera jako domyślnej przeglądarki.

Niemniej mam taką grupę, która bardzo stara się wyprowadzić z równowagi moją tożsamość najspokojniejszego nenufara wszechświata, oni robią tak, że o cokolwiek ich pytam, nieważne czy o dobór próby, czy o ich ulubiony kolor, to oni nigdy nie odpowiadają, tylko patrzą na mnie jak takie sarny w lesie, takimi oczami wielkimi i okrągłymi, i to człowiek nie wie, czy w ogóle rozumieją, co się do nich mówi, czy może nieśmiałe są, czy też po prostu okropnie wkurwione, że im właśnie wdepnąłeś w dorodnego borowika.

Ale dobra tam, na pohybel sarnom!, ja idę do nich ostatnio na zajęcia, wchodzę do sali, a w sumie tak się rozkojarzyłam swoją tożsamością nenufara, że nawet z rozpędu zaczęłam do nich mówić coś w temacie zajęć, zupełnie bez uprzedzenia, jak jakiś psychopata. Jak na sarny przystało, spłoszyli się niezmiernie, ja mówię, a oni patrzą po sobie zdziwieni, nawet szeptać nerwowo zaczęli między sobą, co mniej doświadczonych akademików mogłoby wytrącić z równowagi, no ale nie tak wytrawnego znawcę zwierzyny leśnej jak ja.

Ja mówię, oni szepczą, w końcu zadaję pytanie, oni patrzą. Powtarzam pytanie, a oni wciąż patrzą bez słowa, mija jedna minuta, druga, trzecia, i przyznam że w tym momencie nenufar mi tak jakby zadrżał. Oni patrzą, ja patrzę, czekam. Czekam i czuję, jak to pedagogiczne jezioro zaczyna powoli podrygiwać, jak cała moja rzetelnie wypracowana tożsamość człowieka-whatever chwieje się w posadach, cały mój wewnętrzny spokój czmychnął nagle niczym – o ironio! – sarna, ja nagle nie wytrzymuję, ja im tłumaczę, że paniebożemój, za jakie grzechy, przecież ja już nie wiem, co mam zrobić, żeby zgodzili się łaskawie odpowiedzieć mi na jakiekolwiek pytanie, przecież co tydzień jest to samo, ja ich pytam o cokolwiek, a oni na mnie patrzą z wyrzutem jakbym im psa kopnęła, a ja przecież nie kopię jakichkolwiek psów, ja jestem człowiekiem miłym i uprzejmym dla wszystkich zwierząt na ziemi, nawet dla oposów, mimo tego, że są szalenie absurdalne, więc ja byłabym bardzo szczęśliwa, bardzo zadowolona, gdyby tak z łaskawości swojej zdecydowali się jednak kiedyś odpowiedzieć mi na pytanie, bardzo byłabym zobowiązana, bo przecież szlag mnie zaraz trafi, szlag mnie w końcu trafi i wszystkim będzie przykro. No, tak im powiedziałam. Aż im w pięty poszło! A potem przyszedł wykładowca z wprowadzenia do chińskiej polityki i spytał, co robię na jego zajęciach, bo okazało się, że pomyliłam sale.