Jakbym miała wymienić jedną rzecz, za którą najbardziej cenię sobie Irlandię, to bez wątpienia byłaby to pogoda. Zwłaszcza latem, bo wtedy deszcz staje się cieplejszy, a człowiek zyskuje unikalną możliwość noszenia kurtki przeciwdeszczowej i sandałów jednocześnie.
maxresdefault

Niemniej od czasu do czasu przydarzają się w Irlandii te trzy dni w roku, kiedy to przestaje padać, na niebie pojawia się słońce, na termometrze 15 stopni (!!!!!!!!) i tym samym na pierwszej stronie wszystkich gazet przeczytać można: HEAT WAVE. A że powszechnie wiadomo, że gazety nie kłamią, to wtedy cały uniwersytet zupełnie pustoszeje, wszyscy biegną na dwór ogrzać się w promieniach tego czegoś, o czym dotychczas tylko czytali w podręcznikach, a co ponoć nazywa się słońcem, oczywiście wszyscy oprócz mnie, bo na mnie takie temperatury nie robią żadnego wrażenia, głównie dlatego, że ja jestem przyzwyczajona do grzania się codziennie w blasku swojej sławy i splendoru.

Ostatnio jednak postanowiłam skorzystać z tych pięknych okoliczności słońca i zabrać swoich studentów na zajęcia na dworze, głównie dlatego, że jak czasem patrzę na to, co liczą, to odnoszę wrażenie, że cierpią na jakieś zaawansowane niedobory tlenu. Poza tym zajęcia na dworze są zawsze spoko, bo zaczynasz je z piętnastoosobową grupą studentów, a kończysz z osiemnastoosobową grupą, składającą się ze studentów, dwójki niemieckich turystów i jednego bezdomnego, z czego z reguły ten bezdomny wykazuje takie samo zainteresowanie moimi zajęciami jak moi studenci, to znaczy że żadne, z tą różnicą, że moi studenci to rzadko kiedy po lekcjach proszą mnie o euracza na browara.

No to wysłałam moim milusińskim maila: że na następnych zajęciach nie będziemy nic liczyć, więc wszyscy ci, którzy wcześniej poinformowali mnie, że są obłożnie chorzy i nie dotrą na zajęcia, mogą bezpiecznie wyzdrowieć. Że będziemy rozmawiać o egzaminie, więc mogą mi przesłać pytania, na które pragną poznać odpowiedź, z tym że wolałabym, żeby były to trochę bardziej sensowne pytania niż te, które zadawali mi w ostatniej anonimowej ankiecie, kiedy to jeden z nich chciał się dowiedzieć czy kokosa można przesłać pocztą, a drugi jaki jest sens życia. No i że sprawdziłam, kokosa można przesłać pocztą, a sensem życia jest jedzenie.

food

A gdy już nadszedł odpowiedni dzień, to wszystko układało się dobrze, a nawet nadzwyczaj dobrze, bo znaleźliśmy na okoliczność naszych zajęć lokalizację idealną, to jest wystarczająco blisko treningu męskiej drużyny rugby, ale wystarczająco daleko od wydziału technicznego. To drugie to na wypadek gdyby koledzy ścisłowcy zechcieli w porze lunchu zrzucić koszule w kratę i się trochę poopalać, bo ja nie miałam czasu tłumaczyć moim studentom, że ci biali jak śnieg ludzie, co to odbijają światło słoneczne skuteczniej od samego księżyca, to wcale nie są chorzy, tylko z informatyki.

Następnie ustaliliśmy podstawowe zasady naszej współpracy: po pierwsze, ja zobowiązuję się do tego, że nie będę im kazała nic liczyć, a oni do tego, że gdyby tak akurat przechadzał się pobliską alejką mój szef, to wtedy natychmiast zaczną słuchać mnie w zachwycie i nie miałabym też nic przeciwko temu, gdyby komuś pociekła jakaś łza wzruszenia nad pięknem naszego intelektualnego spotkania. Po drugie, oni powstrzymają się od komentarzy w stylu: “I want to die” oraz wznoszenia dramatycznych okrzyków do boga typu: “why do you hate me?!”, a ja zobowiązuję się powstrzymać się od komentarzy w stylu: “I want to die” oraz wznoszenia dramatycznych okrzyków do boga typu: “why do you hate me?!”

I wszyscy się zgadzają, wszyscy są zadowoleni, więc zaczynamy, więc ja ich pytam czy pamiętają do czego służy współczynnik korelacji rang Spearmana, a wtedy oni natychmiast zaczynają patrzeć w prawo, w lewo, w górę, w dół, wszędzie tylko nie na mnie, więc ja wyłaniam jakiegoś ochotnika-bohatera i pytam człowieka spod krzaka, czy pamięta do czego służy współczynnik korelacji rang Spearmana, a on na to mówi, że pozwoli sobie odpowiedzieć pytaniem na moje pytanie:

kiedy_tego_uzyje

A ja mówię, że przyda mu się to na przykład wtedy, gdy przyjdzie do niego jego pięcioletnie dziecko i spyta go: tato, tato, a co to jest korelacja rangowa?, to żeby on nie musiał się przed tym dzieckiem wstydzić, a on mówi, że mój argument jest bez sensu, bo on nie będzie mieć dzieci, bo jest gejem, a ja mówię, że jego argument jest bez sensu, bo równie dobrze może sobie adoptować dziecko przed którym będzie się wstydzić, a on mi mówi, że mój argument jest bez sensu, bo on w tym kraju nie może adoptować dziecka, a wtedy koleżanka obok mówi, że mógłby jechać do Belfastu i tam adoptować, w końcu pociągiem to tylko trzy godziny drogi, a wtedy inny kolega mówi, że mógłby też jechać do tego Belfastu autobusem, bo to znacznie wygodniej i mają wi-fi, a kolega obok się całkowicie zgadza i jeszcze mu radzi, że powinien też kupić bilet przez Internet, to wtedy oszczędzi do kilkunastu euro, a wtedy koleżanka mówi, że w takim razie chyba serio najlepiej będzie, jak on pojedzie autobusem, a nie pociągiem, a ja mówię, że moglibyśmy też na przykład wrócić do korelacji rangowej, ale nikt mnie nie słucha, no bo mówię nie na temat.

A potem nagle jeden student postanawia podjąć dramatyczną próbę zaszycia moich pedagogicznych ran na otwartym sercu i mówi, że on co prawda nie pamięta co to jest ta korelacja rangowa, ale coś tam wie o tej korelacji tego drugiego gościa, a ja mówię mu, że ten drugi gość, to miał jakoś na imię i skoro już nigdy nie wyrwał żadnej dziewczyny, bo całe życie spędził w swojej piwnicy romansując z ilorazem kowariancji i iloczynem odchyleń standardowych, to może chociaż teraz byśmy byli tak mili i wspomnieli jego nazwisko, i pytam kto pamięta kto wynalazł korelację liniową, a wtedy oni natychmiast zaczynają patrzeć w prawo, w lewo, w górę, w dół, wszędzie tylko nie na mnie, oczywiście wszyscy oprócz naszego starego, dobrego przyjaciela – Rudego, który w pewnym momencie krzyczy: A CAT!

A ja mu mówię, że boże mój, jaki znów kot, a on mówi, że on wcale nie twierdzi, że kot wynalazł korelację, przecież nie jest idiotą, ale że właśnie zobaczył w krzakach kota, a ja go pytam skąd w nim taka ekscytacja, co on nigdy w życiu kota nie widział, a on mówi, że co prawda widział, ale akurat koty są szalenie ekscytujące, zupełnie odwrotnie niż korelacja. I wtedy on mnie pyta, czy może iść poszukać tego kota, a ja mówię, że jest mi absolutnie wszystko jedno, niech i idzie szukać tego kota, a wtedy kolega spod krzaka pyta, czy on może iść mu pomóc szukać kota, a ja mówię, że dobrze, niech idą szukać tego kota, i oni idą.

W międzyczasie kolega od dziecka już się zastanowił i mówi, że on jednak nie chce adoptować dziecka z Wielkiej Brytanii, bo oni tam mówią jak idioci, nie da się ich zrozumieć, a wtedy koleżanka obok mówi, że w takim razie mógłby sobie adoptować dziecko ze Sri Lanki albo innej Azji i być Andżeliną Dżoli, a on mówi, że to w sumie spoko pomysł, ale chyba najpierw musiałby się dowiedzieć gdzie leży Sri Lanka, a kolega obok mówi, że osobiście to on by się bał, że z takiego azjatyckiego dziecka to inne dzieci będą się w przedszkolu śmiały, no bo na przykład z rudych dzieci się często śmieją, a ja w tym momencie patrzę na Rudego, który biegnie przez boisko do rugby w pogoni za kotem i myślę sobie, że akurat jeśli chodzi o tych rudych, to sami sobie pracują na własny PR.

A potem jeszcze mówię, żeby się wszyscy natychmiast uspokoili, bo jest tylko jeden powód, dla którego rówieśnicy będą się śmiali z ich dzieci, i to będzie ten moment, kiedy dowiedzą się, że ich rodzice nie mają pojęcia co to jest korelacja rangowa, a oni mówią, że ja to chyba naprawdę żyję w swoim własnym świecie, a ja mówię, ze być może, ale za to wszyscy mogą mnie odwiedzać, wraz ze swoimi dziewczynami, chłopakami i dziećmi ze Sri Lanki, jeśli tylko powiedzą mi co to jest korelacja rangowa, ale oni nie mają czasu mi odpowiedzieć, bo wtedy wraca Rudy z kolegą i mówią, że prawie dogonili kota, ale im uciekł, gdy zatrzymali się na chwilę popatrzeć jak mewa wymiotuje myszą.

A ja im wszystkim mówię, że jeśli już wspominamy koty, to czy wiedzą, że oni mają podobny poziom koncentracji do tych zwierząt, oczywiście z wyjątkiem Rudego, którego czas skupienia jest podobny temu, jaki prezentuje labrador co za młodu wpadł do wanny z kofeiną, a Rudy mówi, że sobie wyprasza, wcale nie jest labradorem, jakby już miał się porównać do jakiegoś zwierzęcia, to najpewniej do jaguara, a potem oklepuje się po kieszeniach i pyta czy ktoś może mu pożyczyć 2 euro na autobus, bo chyba zgubił portfel, gdy gonił tego kota?

Generalnie rzecz ujmując to jestem bardzo zadowolona z przebiegu tej lekcji, myślę że zrealizowaliśmy bardzo wiele istotnych celów kształcenia. Nie mam żadnych wątpliwości, że wiele się w trakcie tych zajęć nauczyliśmy. Kolega spod krzaka – gdzie leży Sri Lanka. Jego koleżanka – że przez ostatnich pięć lat przepłacała za bilety do Belfastu. Rudy – że koty bardzo szybko biegają. No i ja – że istnieje powód dla którego w tym kraju ciągle pada; po to by oszczędzić wielu nauczycielom traumy zajęć na dworze.

***

źródło zdjęcia: screen stąd