Wrocław, ale tu u Was zabawnie! Tu się tyle dzieje, że mój blog praktycznie pisze się sam. Na przykład wczoraj ledwie wylądowałam, pierwsza godzina w kraju, a tu ciach, od razu przygoda rzuca mi się na twarz, albowiem wchodzę na stację benzynową, a tam stoi pan Murzyn. Pan Murzyn stoi przy kasie, w ręku trzyma paczkę prezerwatyw i stara się wytłumaczyć panu sprzedawcy, że potrzebuje największych prezerwatyw z możliwych, albowiem posiada very big penis. Sukces zaś odnosił umiarkowany, albowiem pan sprzedawca niezbyt mówił w języku angielskim, a wiecie kto na przykład mówi w języku angielskim? Ja. I ja przysięgam, że nie wiem jak to się wydarzyło, ale chwilę później już mi pan Murzyn opowiada, że on potrzebuje dużych prezerwatyw, najlepiej to żeby była extra large, ewentualnie, od biedy, large, albowiem on ma very big penis, a ja tłumaczę te potrzeby na język polski i przekazuję je panu sprzedawcy, i pomyślelibyście, że lepiej być nie może, ale jednak może, bo oto pan sprzedawca wyjmuje spod lady taki ogromny kosz z prezerwatywami i przebiera w tym koszu, i szuka, i nurkuje w nim jak labrador w błocie, a obok stoi pan Murzyn i powtarza: “extra large, extra large”, a ja myślę sobie, że boże mój, uspokój się, człowieku, i tak jestem mężatką.

I dopiero po chwili do mnie dotarło, że ja oto przecież jestem ostatnim człowiekiem, który może w tej sytuacji uratować godność polskich mężczyzn! Że przecież pan Murzyn wróci do kolegów i później będzie im wszystkim opowiadał, że w naszym kraju to wszyscy mają – że tak pozwolę sobie użyć naukowego wyrażenia – małe sisiory. Ale nie martwcie się, chłopaki, na szczęście macie mnie! Albowiem ja w ostatniej chwili się zorientowałam, w ostatniej chwili, bo oto pan sprzedawca przestał grzebać w koszu, poddał się, wyprostował, orzekł: no nie ma.

Co na potrzeby pana Murzyna gładko przetłumaczyłam na język angielski:

– Nie ma. Wszystkie wyprzedane.

Nie ma za co, Polsko!