Jestem w domu z dzieciństwa, wszystko jest tak, jak było i tak, jak pamiętam, więc ja też wpisuję się w rolę – zbieram się do spania, wyłączam telewizor, nalewam sobie wody i chowam bułkę z kuchennego blatu, bo to raczej odruch, odruch człowieka, który posiada w domu ten magiczny gatunek zwierzęcia, który ma cztery łapy, często futro w łaty i serce nieproporcjonalnie duże, podobnie jak żołądek.

Chowam bułkę przed psem i sama się dziwię, że jeszcze tam była, na tym blacie, na idealnej wysokości pyska, ta heroiczna bułka, bułka-symbol oporu przed psem i jego wrodzoną nieumiejętnością samokontroli przy bliskim spotkaniu z produktem spożywczym. Chowam bułkę na najwyższą półkę, za zamkniętą szafkę, chowam bułkę, patrzę na pusty blat i przypominam sobie, że przecież w tym domu od trzech lat nie ma już psa.

Boże Narodzenie pamiętam tak: ten pies obsypany łatami i cynamonem, który przychodził w świąteczny poranek, a zapowiadało go lekkie skrzypnięcie drzwi i nos (nos zawsze wchodził przodem), a potem już tylko psi rytm łap na parkiecie i niezadowolenie łóżkowych sprężyn, gdy nadwyrężał je swoją wielkością zbliżoną do konia. A potem w magiczny sposób zwijał się w precel i idealnie mieścił się w moich dziecięcych ramionach, i miałam go blisko, więc czułam wyraźnie – ten cynamon, inne przyprawy zlizanego ciasta, kawałki choinkowych igieł i psi spokój, że to ten dobry dzień w roku, gdy całe jego stado wróciło do domu.

Wielkanoc pamiętam tak: koszyk z czekoladowymi jajkami i w tle, na drugim planie, powoli wysuwający się w górę wielki czarny nos (mówiłam już, że nos zawsze wchodził przodem?). Nos pojawia się powoli, metodycznie, ja widzę, ale udaję, że nie, czekam na rozwój wydarzeń, nos się wychylił jeszcze bardziej, wciągnął powietrze rozkoszne od bliskości czekolady, cały łeb wychylił, spojrzał na jajka z czekolady, w psiej głowie szybko policzył ile będzie radości z tego procederu, zauważył mnie przypadkiem, westchnął, jak łódź podwodna z powrotem wrócił pod stół, mój boże, co za dom, pies to sobie nawet nie może pooglądać.

Sylwestra pamiętam tak: fajerwerki i ten mój pies, pies mój ogromny, cały się złożył w psa niewielkiego jak origami, tak by w całości zmieścić się w moich ramionach, i ja nigdy przedtem i nigdy potem nie czułam się tak bezsilna jak wtedy, gdy nie potrafiłam wytłumaczyć mu, że to to tylko fajerwerki, wszystko będzie dobrze.

W szkole psich przestępców był ostatni w klasie. Przecież na widok tej bułki natychmiast zrzekłby się wszystkich swoich praw, wszystko by sprzedał za kawałek pszennej – godność, pluszowego kurczaka i pół miski chrupek. Wysmarowałby pysk swój czule w okolicznym smalcu, doprawiłby okruszkami ze skradzionej bułki i poszedł położyć się na kanapie, i leżałby tam obtoczony w tym smalcu, w tej bułce, jedyny na świecie taki krokiet w łaty. A gdybym go znalazła na tej kanapie i zganiła, że bułka skradziona, że smalec, to taki byłby zszokowany tym moim odkryciem, jego uznanie dla moich zdolności dedukcji było nieskończone. Nigdy pojąć nie zdołał prawa przyczyny i skutku, gdy wracał ze spaceru z resztkami martwego zająca na głowie, to w ogóle nie rozumiał skąd wiemy, jakimi drogami do nas ta wiadomość dotarła, że oto wytarzał się w czymś, w czym wcale nie powinien.

Gdzieś w głębi psiej duszy był wyżlim Einsteinem, obliczał szybko wszystkie najtrudniejsze równania psiego świata; kradzione trzy parówki + kałuża + martwy zając = szczęście na całe życie podniesione do potęgi, no nie da się ukryć machania ogonem. Na co dzień był raczej skromny, nie ujawniał się zbytnio ze swoim geniuszem, zjadł kiedyś cały bochenek ciepłego jeszcze ciasta i leżał później na mnie zaokrąglony jak balon, i ja głaskałam go z czułością i pytałam czy żałuje, no psie, czy to było mądre?, ale nie miałam żadnych wątpliwości, że nie żałował wcale i uważał, że to wszystko było totalnie tego warte, a ja mu się nawet nie dziwiłam, bo niektórzy mówią, że jaki jest pan, to taki jest pies.

Był anatomicznie doskonały, gdzieś na początku kłęba, pomiędzy łopatkami, miał doskonałe anatomiczne zagłębienie na wszystkie nastoletnie łzy – na nieudane dziecięce miłości, trudne klasówki i inne dramaty.

Miał w sobie tyle szczęścia, ile łat na futrze, był mi najlepszym trenerem od dobrych emocji. On wychodził na trawę, kładł się nań powoli, wtem! nagle! bez żadnej logiki — zaczynał tarzać się psim Tourettem w prawo i w lewo, w lewo i w prawo, i ja lubiłam na niego wtedy patrzeć, obserwować z boku ten krótki seans szczęścia. To było takie szczęście, jakby ktoś nałożył zbyt dużo gałek lodów do przyciasnego wafelka, on miał w sobie tyle radości, że cały się trząsł, bo w ogóle nie umiał w sobie pomieścić tych wszystkich emocji. Kiedyś po prześwietleniu weterynarz powiedział, że ten nasz pies łaciaty ma zmiany zwyrodnieniowe w ogonie od zbyt częstego machania, do teraz się na to uśmiecham, bo wyobraź to sobie, diagnoza: zbyt częste szczęście.

Mówiłam mu sto razy, żeby nie biegał po schodach, ale on na wieść o każdym spacerze umierał z radości, on biegł tak szybko, aż mu się łapy plątały po drodze, tamtego dnia spadł i przerwane nerwy wyrwały mi z serca psa. Nie było mnie wtedy w pobliżu i być może nie potrafię sobie tego wciąż wybaczyć; że nie było mnie wtedy, by potrzymać go za łapę i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że gdziekolwiek pójdzie— tam już nie ma schodów. Jest tylko ta trawa, te łaty, na stołach kotlety, których nikt nie pilnuje.

Mój mąż często mówi: “ludzie nie zasługują na psy” i jest w tym tak wiele racji, bo każdy opuszczony przez człowieka pies to o jeden za dużo. Ja miałam kiedyś takie śmieszne urządzenie do krojenia jajek, zbudowane z szeregu ostrych linek, które dzieliły jajko na kilka cieniutkich plasterków, i tak właśnie mi się zrobiło ostatnio z sercem w schronisku dla zwierząt, na widok tych wszystkich niewygłaskanych łat i niemych ogonów.

A dziś na fejsbuku pokazało mi się ogłoszenie, w którym fundacja Przystań Ocalenie, takie pluszowe miejsce dla wszystkich zwierząt skrzywdzonych przez ludzi, poprosiła o kupno makaronu dla psów i umieściła linka, i ja kliknęłam i zobaczyłam, że proszą o makaron za jeden złoty pięćdziesiąt dziewięć groszy. Jeden złoty pięćdziesiąt dziewięć groszy.

Obejrzałam ich stronę – to jest takie miejsce dla wszystkich zwierząt skrzywdzonych kiedyś przez ludzi – dla psów, kotów, koni, kur i jest nawet jedna pani świnia. Trochę pluszowego świata dla ponad 500 zwierząt! Zajrzałam w potrzeby i to było bardzo dziwne uczucie, bo z jednej strony ich jest tyle, że przy czytaniu miałam wrażenie, że nigdy się nie skończą, a z drugiej strony są tak bardzo trywialne, to znaczy – trywialne do spełnienia.

Ej, kupmy psom coś do jedzenia, choć w ten sposób wygłaszczmy im łaty. Trzy sposoby są ku temu, wszystkie bardzo proste:

Wersja 1 dla ludzi z kontem na allegro: kupujemy ryż, makaron, mokrą karmę (taka lub taka) i w adresie dostawy podajemy adres psituliska Ocalenie: Przystań Ocalenie, ul. Kombatantów 134, 43-229 Ćwiklice. Ale proste, nie?

(Linki są podane na stronie fundacji jako przykładowe, oczywiście ryż, makaron lub karmę można zamówić inne lub gdzie indziej).

Wersja 2 dla ludzi posiadających konta w sklepach zoologicznych on-line: jak wyżej. Kupujemy karmę, wysyłamy na powyższy adres, wprowadzamy kilka ogonów w ruch.

Wersja 3. Nie wiem, czy wiecie, ale naszym łaciatym pięknościom brakuje też pieniążków, a to dlatego, że psy nie noszą spodni, a więc nie mają kieszeni, więc nie mają gdzie trzymać portfela i nigdy nie mają przy sobie gotówki. Kto chciałby podarować psom trochę kieszonkowego, to można wpłacić złocisza albo dwa na konto 91 1050 1399 1000 0022 0998 2426 z dopiskiem “Na ryż i makaron” lub Paypalem na adres kpdz.tychy@interia.pl

I ja wiem, że już w tym tygodniu Was o coś prosiłam, ale gdy myślę o tych wszystkich niegłaskanych łatach, niewydrapanych uszkach, psich brzuszkach wcale nie okrągłych od skradzionej szynki, to bardzo bym chciała podejść do każdego skrzywdzonego psa, uścisnąć mu łapę, powiedzieć: przepraszam za ludzi.  Ale pozostaje mi tylko pokazać im, że nie wszyscy są tacy.