Wracam do Was po dłuższej nieobecności z nadzieją na to, że owa nieobecność całkowicie zdezorganizowała Wam życie i pozbawiła wszelkiej pogody ducha. Oczywiście jestem gotowa zaakceptować wszelkie, nawet najmniejsze objawy smutku i nie od każdego oczekuję widowiskowej rozpaczy, ale lubię myśleć, że dla większości z Was moja nieobecność skończyła się na trzech wiadrach wylanych łez i długich rozmowach z telefonem zaufania. Ostatnie kilka dni spędziłam w Sosnowcu Europy zachodniej, wśród ślepych wróbli i ludzi umiłowanych w cudzych narządach wewnętrznych, o czym powszechnie wiadomo, ale o czym nie chcę już nigdy rozmawiać, no chyba że z psychoterapeutą. Jednakowoż, by nie igrać dalej z emocjami miliona Polaków, ewentualnie z emocjami Wojtka i jego 184 fikcyjnych kont na fejsbuku – wróciłam.

Z radością donoszę, że wróciłam w towarzystwie obu nerek i bułki pszennej, z czego ta bułka pszenna to była pamiątka z Niemiec przywieziona dla Wojtka, człowieka od ośmiu lat uwięzionego w kraju chleba zrobionego z mieszanki styropianu i kurzu, który to chleb jest pozbawiony jednego z kluczowych składników, a mianowicie: smaku. Kto kiedyś jadł pieczywo w Irlandii, ten całkowicie rozumie dlaczego Wojtek ową bułkę pszenną jadł i szlochał z radości. Zupełnie jak Wy w tej chwili, czytając ten wpis. Nie mam żadnych wątpliwości, że jestem Waszą bułką pszenną odzyskaną po zbyt długiej nieobecności. Za wszystkie wiadomości w których dopytywaliście się gdzie jestem??? czy wszystko w porządku??? gdzie nowy wpis??? serdecznie dziękuję, niemniej następnym razem, gdy będziecie pisać takie maile, to nie zapomnijcie ich na końcu do mnie wysłać.

Jak już wróciłam do Irlandii, to po raz kolejny okazało się, że moje życie to wielokilometrowa autostrada udręk, która z czasem przechodzi w dwupasmówkę bólu i cierpienia, co oznacza mniej więcej tyle, że zaraz po powrocie udać się musiałam na zebranie Instytutu, na które to zebranie Instytutu zawsze przychodzi mój szef i wszyscy wykładowcy, i wszyscy doktoranci, no i ja.

at a faculty meeting

Na takich zebraniach akcja jest porywająca tak bardzo, że wciąż dziwię się, że Zanussi jeszcze tego nie nakręcił. Jak ktoś nie zrozumiał żartu, to podpowiadam, że jak wpiszecie w Wordzie “Zanussi”, to autokorekta zmieni Wam to na “zanudzi” i to nie jest przypadek. Ale wiem nad czym się teraz zastanawiacie – nad czym debatuje na takich zebraniach czołówka akademicka tego kraju? Ludzie z tytułami, dorobkami naukowymi, naukową pasją, no i jeszcze ja? Czy rekonstruujemy systematykę filozoficznej problematyki śmierci? Czy analizujemy ekonomiczno-społeczne konsekwencje konfliktu na Bałkanach w latach 1912-1913? Czy rozwiązujemy problem ptaków ze skrzydłami zlepionymi ropą naftową, produktem ubocznym upadku człowieczeństwa? No, prawie.

Na przykład w tym tygodniu przyszedł do nas jakiś bardzo ważny pan, który to bardzo ważny pan opowiedział nam, że po trzech latach dyskusji i czternastu walnych zebraniach wreszcie podjęto decyzję o wprowadzeniu następujących zmian w logo naszego uniwersytetu: zrezygnowano z używania koloru niebieskiego i koloru żółtego, bo połączenie tych kolorów za bardzo kojarzyło się ludziom z Rajanerem, a to ponoć niedobrze. Usunięto z logo Biblię, bo Biblia okazała się być niepoprawna politycznie i obrażała uczucia tych, którzy nie wierzą w Pana Jezusa. Biblię zaś zastąpiono zwykłą książką, która to książka – jak donosił prawie ze łzami w oczach ważny pan – jest otwarta, jako i nasza uczelnia jest otwarta na świat.

jiFfM

Bardzo to wszystko było ciekawe, ja na przykład przez ten cały czas głównie zastanawiałam się nad tym, co przez te trzy lata robili ludzie bez doktoratów i tytułów profesorskich, skoro ci z doktoratami byli akurat zajęci wybieraniem kolorów nowego logo. Nie zastanawiałam się jednak nad tym zagadnieniem zbyt długo, bo w napięciu oczekiwałam na kolejną część zebrania, która to część jest moją ulubioną i jednocześnie najmniej ulubioną mojego szefa, bo polega na tym, że wolno zadawać pytania, a ja zawsze mam sporo pytań i na przykład teraz to miałam takie pytanie, jak sobie radzić z idiotycznymi mailami od studentów, na co mój szef powiedział, że to niepoprawne politycznie mówić “idiotyczne maile”, a ja powiedziałam, że ok, w takim razie jak sobie radzić z “niemądrymi mailami”, a on powiedział, że to też niepoprawnie politycznie i dobrze by było gdybym używała sformułowania “maile o charakterze niestandardowym”, a ja powiedziałam, że ok, w takim razie co mam robić z niestandardowymi mailami o charakterze głupim, na przykład wtedy kiedy student pisze:

Dear Janina,
I can’t find the lecture notes on-line. In which folder can I find them?
Best regards,
John

a ja muszę mu odpisać:

Dear John,
Lecture notes can be found in the folder titled “lecture notes”.
Best regards,
Janina

No bo z jednej strony ja rozumiem, że nie wolno mi żadnej wiadomości ignorować, ale z drugiej strony za każdym razem jak na takiego maila odpisuję, to czuję, że wyrzucam do kosza kawałek swojej godności, a po moich ostatnich wyczynach na siłowni ja nie mam tej godności znów tak dużo, by szastać nią na prawo i na lewo. I jeszcze powiedziałam, że naprawdę uważam, że po odpisaniu na pięćdziesiątego maila podobnego rodzaju powinna przysługiwać jakaś nagroda albo chociaż bon zniżkowy do Tesco, a wtedy mój kolega po prawej powiedział, że on się ze mną zupełnie zgadza i ma podobny problem, i że on jeszcze ostatnio dostał maila od studenta podpisanego XOXO, co po angielsku znaczy, że student przesyła mu buziaczki i uściski, a ja powiedziałam, że też dostałam takiego maila i spytałam ile uścisków i buziaczków dostał, bo ja po trzy, a on powiedział, że po cztery, a kolega spod ściany powiedział, że on dostał po cztery i jeszcze uśmiechniętą buźkę. Studenci, wy tacy niesprawiedliwi 🙁

Sami rozumiecie, że w takiej sytuacji na swoje kolejne zajęcia szłam z ograniczonym entuzjazmem. Nie powiem, trochę urażona tymi nierównościami społecznymi w zakresie buziaczków i uścisków. Jak im tu matematycznego nieba uchylam, ziemię pod stopami wyścielam miękką watą tablic statystycznych, a tu się nagle okazuje, że są nauczyciele, których kochają bardziej. Gdy weszłam do sali moi studenci jak zwykle zupełnie zignorowali moją obecność, albowiem byli zajęci codziennym przeglądem Internetu, choć tym razem nie oglądali kozy przebranej za księżniczkę, a… zdjęcia profilowe wszystkich nauczycieli na fejsbuniu.

No dobrze, skoro już okazało się, że jestem dla swoich studentów niewidoczna jak nawias w równaniu, to postanowiłam wykorzystać ten fakt i dowiedzieć się czegoś o sobie. Analizą mojego zdjęcia zajmował się akurat rudy kolega z drugiego rzędu.

– It’s not a bad photo but I think it’s an old one – tłumaczył reszcie grupy – she’s much skinnier now.

OK, wybaczam im wszystko. Rudy, masz piątkę na koniec.