Niedziela. Niedziela to taki Comic Sans wśród dni tygodnia, czyli niby spoko, ale i tak nikt nie traktuje go poważnie, bo wszyscy wiemy jak to się skończy i że poniedziałkiem. Mój mąż wciąż śpi po wczorajszym spotkaniu z kolegą Zbyszkiem, który to kolega Zbyszek jest bohaterem zbiorowym wszystkich par i małżeństw, głęboko wierzę, że każdy mężczyzna na tym świecie ma gdzieś tam swojego kolegę Zbyszka, z którym wychodzi na jedno piwo, a wraca po trzynastu, z ‘Bogurodzicą’ na ustach, bez buta, ale za to w pióropuszu indiańskim i z małą kozą na sznurku.

my-name-is-alan-and-I-bought-a-giraffe

Co się dzieje na tych spotkaniach, to tego żadna kobieta nie ogarnie, tam każdy pomysł to najwspanialsza intelektualna kostka rubika, arcydzieło strategii malowane pędzlem geniusza, które można by natychmiast spieniężyć na miliard monet, gdyby nie to, że chwilowo nikt nie pamięta, jak się dodaje w słupkach. Powstają biznesy, świat się naprawia, trwają dyskusje na temat geopolitycznego przemeblowania świata tak poważne i zaawansowane, że pakt Ribbentrop-Mołotow to przy nich tylko gra w Monopol. A potem przychodzi następny poranek i wszystkie plany odchodzą w niepamięć, bo człowiek musi spriorytetyzować swoje istnienie na poszukiwanie odpowiedzi na trzy najważniejsze w tamtym momencie pytania, to jest: gdzie jest woda? czemu ten kot tak strasznie tupie? a także: co zrobić z tą kozą? No, i tak właśnie mój maż wyszedł wczoraj na jednego browara z kolegą Zbyszkiem, a jak wrócił, to oświadczył mi, że kupują ze Zbyszkiem kajak, będą nim wypływać na pełne morze i łowić makrele.

Oczywiście nie zdziwiłam się wcale, no bo przecież to nie jest tak, że oni tak od czapy wymyślili ten kajak i te makrele, mają wszak rzetelne przygotowanie merytorycznie do tej wyprawy w postaci trzykrotnego czytania “Starego człowieka i morza”.

To tyle u mojego męża. U mnie zaś trwa mała celebracja niedzieli, jak to każdej niedzieli, kiedy to doświadczenie triumfuje nad nadzieją, to jest okazuje się, że kończy się kolejny tydzień, w którym nie udało mi się dotrzeć na siłownie. Łącznie będzie tych tygodni już tak z dwadzieścia osiem lat, ale chciałabym zaznaczyć, że z tego dwa tygodnie mam usprawiedliwione, bo miałam anginę.

Skutki takiego rozkosznego stylu życia są oczywiste i najczęściej objawiają się noszeniem rozmiaru M jak Miłuję kanapę lub L jak Lubię węglowodany, ale pamiętajcie, że to nie ma znaczenia, najważniejsze to zawsze wyglądać jak Koko Szanel, jak najpiękniej opanierowany schabowy na półmisku życia, jak najpuchatsza z owiec na pastwisku rzeczywistości. To jest szczególnie istotne przy moim stylu życia, gdy tak wiele wieczorów spędzam w blasku holiłódzkich świateł, albo przynajmniej w blasku światła od lodówki. Więc nie inaczej jest dzisiaj, wszak dziś niedziela, dzień elegancki – jestem jak arbiter elegancji, jak najpiękniejszy z ptysi wśród bezglutenowych szarlotek; do swojego szlafroka w foki posiadam pasujące fasonem kapcie.

Wspaniałej niedzieli, bądźcie dziś jak najdorodniejsza z klusek wśród wzgórz kaszy jaglanej i pieczonego jarmużu!

13717441_1798498980385927_3874053327059362744_o