Piszę do Was jako człowiek całkowicie zniszczony, głuchy na wszelką radość życia, wyjałowiony z wszelkiej nadziei. Gdy przechadzam się ulicami, to psy przestają machać ogonami, rodzice zasłaniają dzieciom oczy, a przechodnie pytają na jaki numer wysłać SMS-a, żeby mi pomóc. Na pewno zastanawiacie się, co takiego zdołało pokonać mnie, człowieka zahartowanego przez życie, przyzwyczajonego do codziennych tortur losu w postaci studentów dzielących przez zero i szkoleń z wyszukiwania informacji w google. Przewlekła choroba? Ciężki wypadek samochodowy? Katastrofa ekologiczna? Nie, polska rzeczywistość.

Wszystko – no oczywiście – przez Wojtka. Nie wiem czy pamiętacie, ale kiedyś w kinach leciał taki film o magicznym pierścieniu, który powodował, że ludzie i hobbity znikały. Ja na filmie nie byłam, bo sama taki magiczny pierścień od Wojtka dostałam, który po założeniu mi na palec sprawił, że zniknął mi mózg. Żegnajcie gorące dysputy na ważkie tematy polityczne czy chwile filozoficznej zadumy nad aksjologicznym stanem współczesnego świata! Moje intelektualne istnienie zredukowane zostało do pytań ważkich i trudnych typu: jakie kwiatki do bukietu wybrać? a także: ile kwiatków do bukietu wybrać?

Ponieważ jednak potrzebowałam odzyskać choć część swoich intelektualnych zasobów, albowiem bardzo bym już chciała skończyć doktorat, by móc wejść w długo przeze mnie wyczekiwany etap mojego zawodowego rozwoju, tj. bycie utrzymanką, to wymyśliliśmy sobie ostatnio z Wojtkiem, że udamy się do Urzędu Stanu Cywilnego i zaklepiemy termin ślubu, no bo dlaczego nie?

Teraz już wiem, że jest tak wiele powodów by nie.

Urząd Miejski, godzina 8:50. Jesteśmy szalenie podekscytowani. Swoją radosną przygodę w urzędzie postanawiamy rozpocząć od wizyty w Informacji, żeby dowiedzieć się czy posiadamy przy sobie wszystkie dokumenty niezbędne do załatwienia sprawy. Pani w Informacji mówi, że mamy iść się pytać do pokoju 109, bo ona nie udziela informacji. Nie wiemy czym dokładnie zajmuje się pani w Informacji jeśli nie udzielaniem informacji, ale najpewniej sprzedażą drożdżówek.

Chwilę później. Okazuje się, że w kolejce do pokoju 109 czekają tylko trzy osoby, więc mówię Wojtkowi, że to się doskonale składa, pewnie wszystko szybko pójdzie, rachu ciachu, góra piętnaście minut, a wtedy pan po mojej lewej stronie prawie zabija mnie śmiechem. Cóż to za wesoły człowiek! – myślę sobie – i jaki miły kraj! W końcu w irlandzkich urzędach nie sposób kupić drożdżówki.

45 minut później. Kolejka nie ruszyła się ani o pół człowieka, ale udało nam się zobaczyć panią urzędnik. Pani urzędnik wytłumaczyła nam, że jest dużo ludzi, więc jest kolejka, więc trzeba czekać. I poszła. Nie wiem gdzie dokładnie, ale szybka ocena jej umiejętności analizowania związków przyczynowo-skutkowych i wyciągania wniosków pozwala mi domniemać, że najpewniej aplikować o pracę do policyjnego wydziału śledczego.

10 minut później. Jest pierwszy bohater, czyjaś sprawa została rozpatrzona! Okazuje się, że w pokoju znajdują się dwie panie, ale pracuje tylko jedna. Nie wiemy dlaczego, ale najpewniej ma ku temu ten sam ważny powód, co pani w Informacji ku nie udzielaniu informacji.

15 minut później. Zaczynamy rozumieć z Wojtkiem, że te liczby 7:30-15:30, które pierwotnie wzięliśmy za godziny otwarcia urzędu, tak naprawdę odnoszą się do przybliżonego czasu oczekiwania na załatwienie sprawy.

10 minut później. Nie żebyśmy się źle bawili w tej miłej kolejce, ale wymyśliliśmy sobie, że zanim spędzimy w niej kolejną godzinę naszego życia, to upewnimy się czy na pewno mamy ze sobą wszystkie potrzebne dokumenty. Okazuje się, że mamę oszukasz, życie oszukasz, ale pani w urzędzie nie oszukasz – pani w Informacji wciąż nie udziela żadnych informacji.

5 minut później. Pani, która była w kolejce przed nami wstała, powiedziała: no kurwa i wyszła. Pani w kolejce za nami zaczyna płakać.

5 minut później. Czuję, że drastycznie spada mi poziom cukru we krwi, więc pytam Wojtka czy mógłby się przejść do Informacji i kupić mi jakąś drożdżówkę, chyba że pani sprzedaje też ptysie, to wolałabym ptysia, ale Wojtek odmawia, bo mówi, że za każdym razem jak rozmawia z tą panią, to jest przerażony i to tak przerażony, że ostatnim razem był tak przerażony, gdy oglądaliśmy “Toy story 3” i zabawki walczyły o życie w spalarni śmieci.

5 minut później. Zastanawiam sobie, czy skoro już i tak spędzimy w tym urzędzie najbliższy tydzień, to czy by nie wykorzystać tej miłej okazji i nie załatwić wszystkich możliwych spraw, np. ślubu i trzech aktów urodzenia na poczet naszych potencjalnych dzieci, tak na zapas.

10 minut później. Wojtek mówi, że już nie chce brać ślubu.

5 minut później. Przeczytaliśmy już wszystkie możliwe karteczki i rozporządzenia wywieszone na drzwiach pokoju 109. Okazuje się, że wśród nich wszystkich jest jedna, której ewidentnie brakuje:

tumblr_n13n4vUD6h1qc2nduo1_500

5 minut później. Czy ktoś mógłby zadzwonić do Orwella i powiadomić go, że zrobił w swojej książce literówkę? Nie mam żadnych wątpliwości, że pisząc o pokoju 101, tak naprawdę miał na myśli pokój 109 w Urzędzie Stanu Cywilnego pewnego śląskiego miasta.

10 minut później. Długo się z Wojtkiem zastanawiamy, ale jednak nie potrafimy sobie przypomnieć dlaczego właściwie chcemy wziąć ten ślub.

5 minut później. Nasza kolej. Wchodzimy do środka!!!!!!!!!!!!!!!!!!

3 minuty później. Jesteśmy w środku, nic się nie dzieje.

2 minut później. Wciąż nic się nie dzieje. Szybko zaczynamy rozumieć, że żeby rozpocząć procedurę załatwienia sprawy należy podać tajne hasło. Wojtek mówi: “dzień dobry”, ale okazuje się, że to nie jest prawidłowe hasło.

3 minut później. Podejmuję kolejną próbę nawiązania interakcji. Mówię: “chcielibyśmy…”, ale to hasło okazuje się jeszcze bardziej nieprawidłowe niż poprzednie.

Kolejne kilka minut później. Wciąż nie wiemy jakie jest prawidłowe hasło konieczne do rozpoczęcia procedury zainteresowania naszymi osobami, ale nabieramy coraz większej pewności, że najpewniej chodzi o: “przepraszam, że żyje” .

Ponad dwie godziny od wejścia do urzędu później. Pani na nas spojrzała!!!!!! Korzystając z tak sprzyjających okoliczności mówimy pani o co nam chodzi, a chodzi nam o to, że jest teraz taka ustawa, Pan Prezydent osobiście podpisał, i ta ustawa pozwala wziąć ślub poza urzędem stanu cywilnego, i my byśmy chcieli się na takie rozwiązanie skusić. Pani mówi, że wie, że jest teraz taka ustawa, ale to że Pan Prezydent się na to zgadza, nie znaczy, że ona się na to zgadza, a przecież Pan Prezydent nie będzie jej mówił co ona ma robić, więc ona na nic się nie zgadza.

Myślę sobie, że skoro już straciłam w tym urzędzie ponad dwie godziny swojego życia, to po co wychodzić z pustymi rękami, może przynajmniej skuszę się na jakiś akt zgonu, z tym że nie potrafię się zdecydować czy swój własny czy tej miłej pani z urzędu. Wojtek za to, człowiek szalenie dobrze wychowany i szarmancki, pyta panią czy byłaby tak miła i łaskawie wyrwała gdzieś jakiś skrawek swojego cennego czasu i w dogodnej chwili, w całej swej uprzejmości, powiedziała nam czemu właściwie się nie zgadza, a pani na to mówi, że z powodu takiego, że nie.

A nie, to przepraszam, bo ja przez chwilę miałam wrażenie, że jest ku temu jakiś zupełnie absurdalny powód, ale skoro tak się sprawy mają, to dziękuję, przepraszam, wszystko cofam. Biegnę poinformować Pana Prezydenta, że nic nie wie o życiu. Przy okazji zahaczę o Ministerstwo Edukacji, niech wprowadzą poprawki do listy lektur. Nie mam żadnych wątpliwości, że Hemingway kłamał, gdy pisał, że człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Albo po prostu nigdy nie załatwiał sprawy w polskim urzędzie.