Generalnie to ja jestem człowiekiem dość znerwicowanym i na zapas, co oznacza mniej więcej tyle, że jak na przykład ostatnio pisałam egzamin ze statystycznej analizy przeżyć, to przezornie wzięłam ze sobą pięć kalkulatorów, wiecie, na wypadek gdyby dwa się zepsuły, jeden rozładował, a w kolejnym wpadł orzeszek pod klawisz z numerem cztery, i go zaciął. A jak jestem na konferencji, to zawsze mam swoją prezentację zapisaną w czterech różnych formatach, na pięciu różnych pendrajwach, trzech różnych mailach i dyskietce. No a już totalnym przebłyskiem mojej zapobiegliwości jest to, że zawsze noszę przy sobie kilka kilogramów nadwagi na wypadek światowego głodu.

Nie inaczej jest, gdy lecę samolotem, jak dzisiaj. I pan mnie pyta o kartę pokładową, a ja mówię, że oczywiście, proszę pana, i wyciągam mu: jedną kartę na telefonie, drugą na innym telefonie i jeszcze trzydzieści osiem kolejnych wydrukowanych na zapas. A potem ja tak pomykam czmych czmych przez te bramki sekjurity, bo ja mam taką tajemną bramkę na dublińskim lotnisku, o której nikt nie wie i tam nigdy nie ma kolejek, i ja tam biję rekordy w szybkości przechodzenia przez sekjurity, oczywiście sama ze sobą te rekordy biję, bo – co zaskakujące – okazuje się, że cała reszta świata ma większe ambicje w życiu niż przechodzenie przez lotniskowe bramki na czas.

I jest czwarta rano, ja jestem jeszcze bardzo nieogarniającym człowiekiem, ja przechodzę przez te bramki w trzy minuty, proszę państwa, oto nowy rekord!!!! W mojej głowie to grają fanfary, ja nawet ręce triumfalnie do góry wyrzucam, ale nie dość, że nikt nie klaszcze, to jeszcze na dodatek wraz z tym euforycznym wyrzutem rąk, to rozsypuje mi się moje trzydzieści osiem kart pokładowych, i ja je zbieram z podłogi, bagaż mi leci na twarz, a jeszcze na dodatek… wąż! Wąż!!! Ludzie, wąż mnie atakuje!!!!! Ja cała w panice, ja lewą ręką zbieram te karty z podłogi, nogą tego węża odganiam, aaa, aaaaaaa, niech ktoś zabierze ode mnie tego morderczego gada, jak on się wije!!! jaki on przebiegły!!!! Puszczaj mnie, bestio nieokrzesana, ja się bez walki nie poddam, ja w tym nierównym starciu odkrywam w sobie nowe pokłady heroizmu, i kopię go tą nogą, i kopię, a dobra, to jednak nie wąż, tylko mój własny pasek od spodni.

I ja tak stoję, człowiek-sukces, pogromca gadów i oszust przeznaczenia, i myślę sobie to, co każdy by pomyślał sytuacji wygranego pojedynku ze śmiercią, to jest: mój boże, po tym wszystkim to już na bank odprysnął mi lakier na paznokciach.

No więc patrzę na swoją rękę. Patrzę, a tam paznokcie nienaruszone, i wiecie, ten szok tego ogromnego życiowego sukcesu, ta czwarta rano, ten wyrzut adrenaliny spowodowany walką z wężem – to wszystko sprawiło, że ja na moment się zawiesiłam na tych swoich paznokciach i to wyglądało dokładnie tak, jak brzmi: to jest jak człowiek, który z niewiadomych nikomu powodów stoi na środku lotniska i przez kilka minut patrzy na swoją rękę.

Nie miałam żadnych wątpliwości, że teraz jest już tylko kwestią czasu, aż zaraz zgarnie mnie ochrona lotniska na testy narkotykowe. To jest: wyobraźcie sobie tego człowieka, co oglądał mnie na monitoringu. I ja najpierw trzymam te trzydzieści osiem kart pokładowych w zębach, potem kłaniam się niewidzialnym kibicom po przejściu przez bramki, chwilę później walczę z własnym paskiem od spodni, a wszystko po to, by ostatnie kilka minut spędzić na miłej kontemplacji stanu swoich kończyn górnych.

Postanowiłam, że czas odzyskać mózg, idę na kawę. Ja idę na kawę, kupuję, a wtem zjawia się przede mną jakiś pan, chwilę na mnie patrzy, w końcu mówi:

– What are your plans?

Cóż za miły człowiek, taki zainteresowany z samego rana! Nie trzeba mnie było dwa razy namawiać, ja natychmiast mu opowiadam: że to już siedem lat w Irlandii, ja proszę pana za mężem tutaj przyjechałam, ja bardzo lubię ten kraj, ale może to najwyższy czas coś zmienić, może do Polski wrócić, osiąść, zastanawiamy się nad tym, bo ja mam, proszę pana, brata we Wrocławiu, a on ma projektor i ma też Gwiezdne Wojny, grę taką w sensie, i ja bym mu wtedy mogła podrzucać męża, żeby się pobawił z rówieśnikami, i to byłby taki żłobek dla mężów, a poza tym to irlandzka wilgoć nie bardzo służy moim włosom, one mi się tak puszą, proszę pana, jak takiemu nieprzyczesanemu pudlowi, tego teraz to co prawda nie widać, no bo jestem w kucyku, ale generalnie to proszę mi uwierzyć na słowo, pudel, proszę pana, pudel!

I ja mu tak opowiadam, a on patrzy na mnie, oczy ma jak spodki, chwilę milczy, następnie powtarza, choć już z mniejszą pewnością:

– What are your plans? Are you staying by this table or can I take your seat?