Przychodzi do mnie mój szef i pyta czy nie chciałabym się wybrać do uczelnianego psychologa, bo wysyła tam wszystkich żeby sprawdzić, czy któremuś z nas nie jest zbyt smutno, a ja mu na to mówię, że najbardziej to mi było smutno w życiu, gdy dostałam maila, że na czwartkowym seminarium będą kanapki, ale żadnych kanapek nie było i że jeśli my tak się będziemy traktować w tej instytucji, to ja nie wiem dokąd zmierza ten świat, a on powiedział, że lepiej żebym poszła do tego psychologa, on mnie bardzo uprzejmie prosi, bo jak nie, to on zajmie moją kolej, teraz nagle bardzo mocno poczuł, że chyba potrzebuje. Tak powiedział, poszedł, przypomniał coś sobie, wraca. Wraca i mówi mi, że on ma do mnie taką prośbę, takie marzenie ma, żebym ja się u tego psychologa zachowywała przyzwoicie, bo co prawda rutynowo wysyłają każdego tylko na jedną wizytę, ale jak okaże się, że w tym cyrku małpy coś źle skaczą, to zlecają więcej. No to poszłam, uprzednio obiecując mu że nie bedę zachowywać się jak zwierzę, chociaż nie bez żalu.

U pani psycholog było całkiem spoko, bo miała cukierki w poczekalni, a poza tym była bardzo miła i spytała mnie czy mam takie momenty w życiu, kiedy jest mi bardzo bardzo smutno, a ja powiedziałam, że tak, głównie wtedy kiedy zadaję moim studentom jakiekolwiek pytanie i jeszcze bardzo często w piątki o 17, kiedy widzę, że przychodzą na mój dyżur, no bo ja nie po to ustaliłam sobie ten dyżur w piątki o 17, żeby ktokolwiek na niego przychodził. Ale okazało się, że dla pani psycholog te historie nie były wystarczająco smutne i że nie mam żadnych problemów psychicznych, to znaczy przynajmniej z sensem życia. I pani powiedziała też, że poleca mi znaleźć sobie jakieś hobby, a ja powiedziałam, że to słaby pomysł, bo ostatnio jak próbowałam ulepić kota z masy solnej, to zlepiłam sobie trzy palce i trzeba było mnie rozkuwać, a wtedy ona powiedziała, że może w takim razie zacznę uprawiać sport i to miało znacznie więcej sensu, bo parę miesięcy temu Wojtek zniszczył mi życie i spytał mnie, czy zostanę jego żoną, co oznacza mniej więcej tyle, że od tamtego czasu zamieszkałam na siłowni.

Szczerze mówiąc, to ja nie wiem dlaczego niektórzy ludzie potrzebują spędzać na siłowni kilka godzin, mi ostatni trening zajął jakieś piętnaście minut. To wyglądało tak, że cały pobyt minął mi na siadaniu na różnych urządzeniach i korzystaniu z nich do czasu, aż poczułam że zaraz będą mi potrzebne bajpasy, co z reguły zajmowało około 2-3 minut. Wyjątkiem była ta maszyna, z której zeszłam po 30 sekundach, bo na niej pisało, by rozpocząć ćwiczenia od ustawienia przyrządu na wysokości talii, a ja bardzo się starałam, ale przez 15 minut nie byłam w stanie zlokalizować u siebie żadnej talii.

Zachęcona tak udanymi treningami postanowiłam rozszerzyć swoją karierę sportową o pływanie i – jak część z Was pamięta – proces ten rozpoczęłam od bardzo zmyślnych obliczeń, które miały mi wykazać w których dniach i godzinach mam najmniejsze prawdopodobieństwo spotkania swoich studentów na uczelnianym basenie i które to obliczenia okazały się szalenie skuteczne, z tym że okazało się, że najlepiej by było, gdybym chodziła na ten basen około północy z piątku na sobotę, a ja akurat w tym terminie bywam dość zajęta. Na szczęście ja lubię życie na krawędzi i dlatego pewnego dnia wyciągnęłam z szafy kostium kąpielowy, kostium zresztą dość felerny, bo okazało się, że optycznie poszerzający w biodrach, a następnie udałam się na basen, gdzie dowiedziałam się, że wszystkie moje obliczenia były zupełnie zbyteczne, a to z powodu takiego, że jeden z moich studentów i tak przebywa na owym basenie stale, zawsze i wciąż, a to z racji tego, że jest tam ratownikiem.

OK.

poker face2
 

Muszę Wam powiedzieć, że to dość trudna sytuacja, kiedy twoje życie zależy od twojego studenta, zwłaszcza jeśli stoisz przed nim w kostiumie kąpielowym, który ewidentnie skurczył się w praniu. Wiem coś o tym, bo na ostatnią europejską konferencję naszej dyscypliny udaliśmy się wszyscy do Włoch i tam właśnie nauczyłam się, że od momentu, w którym widzisz swojego szefa w kapielówkach, już nic nie jest takie samo. Zresztą gdyby mnie ktoś spytał, to ja w ogóle uważam, że to był idiotyczny pomysł żeby zorganizować tę konferencję właśnie w tej lokalizacji, bo jak ktoś organizuje konferencję we Włoszech, to niech się potem nie dziwi, że cała irlandzka delegacja zajęta jest głównie siedzeniem na dworze i jaraniem się, że nie pada. Gorsi od nas byli tylko islandczycy, którzy już dnia pierwszego dostali poparzeń słonecznych trzeciego stopnia i tym samym nie wyszli z pokoju do końca tygodnia. Mówię o tym dlatego, że w tamtej basenowej sytuacji bardzo zazdrościłam moim kolegom islandczykom, to znaczy że też nagle w sposób gwałtowny zapragnęłam udać się do jakiegoś pokoju i nie wyjść stamtąd przez jakiś czas, najchętniej tak do końca życia. Ale wtedy mój student poczuł się w obowiązku zadbać o mój spokój ducha i rozwiać wszelkie wątpliwości związane ze złożeniem mojego życia w jego ręce: no need to worry, Janina – pocieszył mnie – I swim better than I count.

I to się całkiem dobrze składało, bo ja mam zupełnie odwrotnie.

Rozejrzałam się po basenie, szukając miejsca dla siebie. Na basenie były następujące strefy: strefa szybkiego pływaka, strefa średnioszybkiego pływaka i strefa wolnego pływaka. Strefy odpowiedniej dla mnie, tj. strefy pływaka rozpaczliwego, nie było. Znaczy no, trochę przesadzam, ja jestem pływakiem wytrawnym, a przynajmniej zdeterminowanym, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie utrzymania się na powierzchni. Najbardziej upodobałam sobie jeden styl, to jest kulawą żabkę. W kulawej żabce chodzi o to, że sama idea zsynchronizowania pracy rąk z pracą nóg trochę mnie przerasta, więc zasobów intelektualnych starcza mi tylko na synchronizację rąk z jedną nogą, i tym samym tą drugą sobie powłóczę.

zabka

Ja w czasie ostatniej wizyty na basenie.

I jak tak sobie teraz o tym myślę, to nachodzi mnie taka refleksja, że to prawda co mówią o zaręczynach – że to taki cudowny moment, który prowadzi do najpiękniejszej chwili w życiu. Myślałam o tym głównie wtedy, kiedy to tak pływałam sobie swoim oszałamiającym, autorskim stylem upośledzonej żaby pod czujnym okiem mojego studenta. Tak, nie mam żadnych wątpliwości, że był to najpiękniejszy dzień w jego życiu.