Nie wiem jak Wam minął piątek 13-tego, ale mój był wspaniały! Wybrałam się mianowicie na siłownię, a gdy już tam dotarłam, to okazało się, że akurat płonęła. O radości, nie czekając na dalszy rozwój wypadków natychmiast pobiegłam do domu, na wszelki wypadek gdyby mieli ten ogień szybko ugasić. Intuicja mnie nie zawiodła, bo okazało się, że był to pożar bardzo niewielkich rozmiarów i tym samym siłownię otwarto na powrót już następnego dnia, co tylko potwierdza moje przekonanie, że biednemu to zawsze piach w oczy i nóż w plecy. Ta wiadomość była smutna tym bardziej, że zmuszała mnie do kontynuowania moich sportowych przygód, mimo ewidentnej niesprawiedliwości losu jaką jest fakt, że ostatnio na mojej uczelni przyznano stypendia sportowe i pominięto moją kandydaturę.

W międzyczasie, znudzona swoimi sukcesami w pływaniu, postanowiłam zmienić dyscyplinę. Udałam się mianowicie na ćwiczenia na piłkach. OK, nie wiem co za idiota wymyślił, żeby wysyłać grubych ludzi na ćwiczenia na piłkach, to przeczy wszelkim prawom fizyki. Jeśli nie wiecie o co mi chodzi, to polecam przeprowadzić eksperyment: weźcie dwa przedmioty o okrągłym kształcie, na przykład dwie pomarańcze, spróbujcie postawić jedną na drugiej i sprawdźcie jak długo taka konstrukcja się utrzyma. Jeśli trzy sekundy, to i tak o trzy sekundy dłużej niż ja na piłce. I dopiero potem, gdy już wróciłam do domu po tym festiwalu traumy i braku godności osobistej, to koledzy Japończycy z Internetu pouczyli mnie, że wszystko robiłam źle:

giphy (1)
Nie traktuję jednak tych ćwiczeń na piłkach jako czasu zmarnowanego, albowiem pomiędzy walką o zachowanie minimalnej równowagi i jakiejkolwiek dumy, zajmowałam się rozmyślaniem o zagadnieniach szalenie istotnych. Wymyśliłam sobie na przykład, że odnajduję bardzo wiele analogii pomiędzy takimi ćwiczeniami na piłkach, a moją pracą nauczyciela – tyle przygotowań, tyle starań by wyglądać profesjonalnie i by nikt nie zorientował się, że nie mam pojęcia co robię, a prędzej czy później człowiek i tak wywala się na ryj, całkowicie pozbawiony złudzeń i godności osobistej.

Ponadto kontynuuję bycie na diecie na pełen etat, co oznacza mniej więcej tyle, że zaczynam ową dietę codziennie o godzinie 9 rano i kończę w okolicach 17. Moja ograniczona motywacja może po trochu wynikać z faktu, że widziałam ostatnio film dokumentalny o foce, która to foka schudła za bardzo, zmarzła i umarła, i to bardzo przemówiło mi do wyobraźni, bo ja po pierwsze to nie chcę umrzeć, a po drugie to nie chcę zmarznąć, zwłaszcza że wybieram się na Islandię. Spytacie dlaczego wybieram się na Islandię? A z trzech powodów: po pierwsze, chcę zobaczyć renifera. Po drugie, jadę z naszą czytelniczką Anią, a ona pracuje na polskiej uczelni i dzięki temu zawsze, gdy słucham jej historii, to moja własna praca jawi mi się jak wakacje na Barbados. Acha, no i jeszcze na tej Islandii dzieje się konferencja. Oczywiście skoro chcę sobie zobaczyć renifera, to równie dobrze mogłabym się po prostu przejść do dublińskiego ZOO, no ale na wizytę w ZOO nie dostanę grantu, a na wyjazd na Islandię tak.

happy-reindeer

zadowolonego renifera wzięłam stąd

W gruncie rzeczy proces ubiegania się o grant wyjazdowy nie jest jakoś wybitnie skomplikowany: najpierw wypełniasz formularz, w którym informujesz gdzie jedziesz, o ile pieniędzy prosisz i w jaki sposób twój wyjazd odmieni świat na lepsze. Po trzech miesiącach przychodzi pismo, z którego wynika, że jedziesz za daleko i chcesz za dużo, więc miła pani proponuje Ci zwrot 30% kosztów. Na szczęście oglądasz dużo „Prawa Agaty”, więc masz duże doświadczenie w negocjacjach i proponujesz pani 60%, a pani też ogląda dużo „Prawa Agaty”, więc zgadza się na 50%. Następnie ktoś przy czytaniu wniosku myli plamę od masła z jedynką i tym sposobem zamiast 80 euro wypłacają ci 180, które to pieniądze chcesz sprawiedliwie zwrócić, ale wtedy pani mówi, że taką kwotę już wprowadziła do systemu i nic się z tym nie da zrobić, musisz sobie wziąć nadpłatę. Tymczasem w Irlandii naród wciąż próbuje rozwikłać zagadkę bankructwa swojego kraju.

W oczekiwaniu na to aż pani z pokoju 303 rozpatrzy mój wniosek i przepełniona nadzieją, że i tym razem będzie jeść nad nim kanapkę z serem, postanowiłam udać się do mojego szefa, sprawdzić czy on nie posiada jakichś miłych pieniędzy na mój islandzki wyjazd, jakby nie było dla niego szalenie korzystną ofertę, w końcu oferowałam mu tydzień życia bez mojej osoby.

(Nasz czytelnik Maciek spytał mnie ostatnio jak to jest z moim szefem, bo on już się pogubił, czy my się lubimy czy się nie lubimy? Otóż odpowiadam – w psychologii to się nazywa syndrom sztokholmski. Z tym, że wciąż nie potrafimy dojść z moim szefem do porozumienia, kto w tym związku jest oprawcą, a kto ofiarą).

Poszłam więc do swojego szefa, który na mój widok powiedział: oh, it’s you i to był bardzo dobry znak, bo to i tak był przejaw znacznie większego entuzjazmu niż zwykle. Skutecznie przemilczając kwestie reniferów opowiedziałam mu o swojej podróży na Islandię, która to podróż zrewolucjonizuje stan nauki w całej Europie, a może być i tak, że częściowo w Chinach i Nowej Zelandii, otóż nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że po moim wystąpieniu na owej konferencji kobiety będą płakać, mężczyźni klaskać, na łąkach zakwitną kwiaty, a w urzędach stanu cywilnego przybędzie dzieci nazwanych moim imieniem. A mój szef postukał coś w komputer, postukał i powiedział, że owszem, może mi zafundować bilet, ale tylko w jedną stronę.

Oczywiście, że tylko w jedną stronę.

Więc powiedziałam mojemu szefowi, że to nieładnie wykorzystywać publiczne pieniądze dla swoich prywatnych korzyści, no bo niech mi spojrzy w oczy i przysięgnie, że ten czas kiedy to nie będzie mnie w pracy nie będzie najlepszym w jego życiu, a on powiedział, że to rzeczywiście dość kusząca wizja, że będzie mógł przez jakiś czas przestać chodzić do biura okrężną drogą tylko po to, żeby mnie nie spotkać, ale to nie zmienia faktu, że może mi zaoferować bilet tylko w jedną stronę i jeszcze, że to bardzo ciekawe, że przyszłam teraz prosić go o przysługę, bo on pamięta, że jak w zeszły czwartek to on przyszedł mnie o coś poprosić, to powiedziałam mu, że jestem szalenie zajęta obchodami polskiego święta narodowego, a on sprawdził w wikipedii i to nie do końca było takie święto jakiego się spodziewał, ale to akurat był niesprawiedliwy argument, bo ja kocham pączki, więc dla mnie tłusty czwartek ma bardzo silne znaczenie emocjonalne.

No dobrze, ale korzystając z miłej okazji, że zakończyłam już obchody tłustego czwartku, a także że bardzo chcę zobaczyć renifera, byłam gotowa podjąć dyskusję w zakresie różnych przysług i spytałam mojego szefa do czego mnie właściwie mnie potrzebuje, a on powiedział, że organizuje niedługo takie spotkanie dla ludzi zainteresowanych studiami doktoranckimi w naszym instytucie i potrzebuje żebym przyszła tym miłym ludziom coś poopowiadać, a ja powiedziałam, że to się świetnie składa, że mogłabym na przykład – na wzór kolegi Sokratesa – wyprostować im intelektualne ścieżki za pomocą umiejętnie zadawnych pytań, na przykład spytać ich czy wiedzą ilu doktorów nauk humanistycznych potrzeba do wymiany żarówki?

Jednego, ale tysiąc pięćset aplikowało na to stanowisko.

Generalnie rzecz ujmując to może być tak, że poczucie humoru mojego szefa wymaga jeszcze podszlifowania, podobnie zresztą jak moje umiejętności negocjacyjne. Dość powiedzieć, że wciąż zbieram na bilet powrotny z Islandii. Ewentualnie na kożuch.