Ponownie jestem u braci Niemców, choć tym razem w takim miejscu, gdzie nie ma absolutnie nic: cywilizacji nie ma, wi-fi w hotelu nie ma i nadziei też nie ma. Na peronach dostrzec można pojedyńczych ludzi o pustych twarzach, czekających na pociąg do lepszej przyszłości, który nigdy nie nadjedzie. W powietrzu unosi się jedynie pył i brud beznadziei, przerywany okrzykami ślepych wróbli, walczących o ostatni okruch chleba. Oto Sosnowiec Europy zachodniej. Gdy napisałam przed chwilą wiadomość do swojego promotora, Niemca z krwi, kości i serca, z pytaniem dlaczego nie uprzedził mnie, że jadę do takiego piekła, ten odpowiedział, że to absolutna bzdura, że znajduję się w tej chwili w niemieckiej stolicy biznesu, głównym ośrodku handlu międzynarodowego, z tym że w przypadku tej miejscowości jest to z reguły nielegalny handel organami.

No dobrze, więc skoro już przyszło mi spędzić kolejne 72h w tutejszym McDonaldzie, bo tylko tu mam zapewniony Internet i względne bezpieczeństwo własnych nerek, to postanowiłam wykorzystać ten czas na to, by zejść z piedestału gwiazdy Internetu i pochylić się nad losem zwykłego człowieka. Być jak Bronisław Malinowski wśród dzikich, jak szekspirowski Henryk V na miejskich ulicach, jak Hanna Gronkiewicz-Waltz w drugiej linii metra. Wyostrzyłam wszystkie zmysły, wygładziłam rysy, uśmiechnęłam się nawet i w napięciu oczekiwałam na jakiś początek konwersacji, ludzki kontakt, dostęp do drogocennej intymności cudzych zwierzeń. Nie, żart. Moja precyzyjnie stworzona barykada z papierowych kubków, słomek i opakowań po hambuksach skutecznie chroniła mnie przed piekłem interakcji społecznych. A gdy już nawet powoli odzyskiwałam spokój ducha, łaskawiej zaczęłam patrzeć na zabójcze walki wróbli, mniej nerwowo chwytać się za wszystkie organy, by sprawdzić czy wciąż są tam gdzie trzeba, wtedy wyszłam na chwilę do łazienki, a gdy wróciłam, to okazało się, że ktoś zajebał mi frytki.

Cywilizacjo, dokąd zmierzasz?! Bierzcie nerki jeśli trzeba, oddam dobrowolnie. Ale frytki?!

cd06fa7b996df1f9aeb38dbb3be9de7d