Z okazji walentynek postanowiłam upiec Wojtkowi bezglutenowe ciasto z granatem z przepisu Anny Lewandowskiej, choć lekko zmodyfikowaną wersję, bo okazało się, że w tym kraju nie da rady kupić granatu, w związku z czym musiałam zastąpić ten składnik substytutami, to jest: czekoladą, masłem i białym cukrem. Następnie zaś, gdy już wypieściłam swojego męża za pomocą sprawdzonej metody węglowodanów połączonych z tłuszczem, to postanowiłam zająć się kolejnym beneficjentem moich uczuć ciepłych i pluszowych, wyszlifować pamięć o kraju ojczystym, wypielęgnować delikatne listki naszej polskiej tożsamości, to jest uzupełnić w domu zapasy kiełbasy.

820c06a8680dbdce9c41a6b7cf7f6895

No to jedziemy do polskiej hurtowni. Polska hurtownia jest na obrzeżach miasta, trochę daleko od domu, ale to zawsze wyprawa ekscytująca jak lot rajanerem relacji Londyn-Katowice, no bo to zawsze człowiek może wymienić uprzejmości z rodakami, odśpiewać wspólnie „Barkę” przy półce z twarogiem, zapłakać ze wzruszenia nad złotym grawerem orła białego na naszych polskich paszportach, jednocześnie tuląc do serca dwa pęki krakowskiej suchej. A musicie wiedzieć, że w tym sklepie – jak tłumaczył mi całą drogę Wojtek – mają największy wybór parówek w całej republice Irlandii, chociaż trzeba zwrócić uwagę na to, że część produktów opatrzonych etykietą “parówki”, to tak naprawdę „kiełbaski”, co oznacza, że ich skład nie spełnia warunków bycia parówką, tak tłumaczy mi Wojtek, mąż mój najdroższy, który – jak pamiętamy – najbardziej w życiu to chciałby zostać testerem kiełbasy.

Wykład o anatomii parówek kończy się gwałtownie gdy wchodzimy do sklepu, Wojtek wpada między półki, głowę wsadza w stosy hermetycznie zapakowanych szynek, parówek, kiełbasek i mięs, i szczęśliwy jest jak szczeniak w kupie jesiennych liści. Wraca z tarczą, a raczej z wędliną. Niesie swoje zdobycze, spod góry mięs i parówek wszelkich rodzajów prawie go nie widać. Zostawia swój łup i biegnie dalej między półki, ale wraca szybko, szalenie podekscytowany. Dyszy ciężko, poliki ma czerwone z emocji, głos mu się łamie z wrażenia, twarz swą zbliża do mojej i mówi:

KARTOFLE.

I – na wypadek jakby umknęła mi powaga sytuacji – powtarza:

KARTOFLE.

Kartofle są! – wykrzykuje ekstatycznie i biegnie dalej, znika za horyzontem pejzażu malowanego pagórkami polskich ziemniaków, jeziorami domowego kompotu z wiśni, górami pełnotłustego twarogu. Pobiegł, długo nie wraca. Trochę się niepokoję, więc ruszam na poszukiwania. Znajduję go między półkami, siedzi na podłodze, przed sobą ustawił różne słoiki ogórków kiszonych, gdy mnie widzi, to głowę podnosi, patrzy na mnie zagubiony, „nie wiem, które wybrać – oświadcza mi smutno – wszystkie takie piękne”.

– Wojtuś – mówię łagodnie, bo tak podobno trzeba mówić do ludzi w kryzysie psychicznym – za pięć minut sklep zamykają.

O jezu!!!! Zrywa się na to, biegnie, mówi, że zaraz wraca, już, już, wychodzimy, tylko jeszcze musi skoczyć na dział z warzywami.

Co? Dział co, czego, z czym? Ja nie jestem żoną od wczoraj, ja wiem kiedy coś jest nie w porządku, kiedy coś nie zgadza, gdzie on chce iść? Na dział z warzywami? Wojtek? Mąż mój najwspanialszy, który ostatnio warzywo jadł w dziewięćdziesiątym siódmym, a i to tylko dlatego, że nie wiedział, co to kalarepa i myślał, że to mięso?

giphy (2)

– Na dział z warzywami muszę iść – wyjaśnia mi Wojtek znowu, już lekko zirytowany – śmietanę kupić. I smalec.

A, no to by wiele tłumaczyło.