Nie wiem, co Wy porabialiście w ten piąteczek, ale my z Wojtkiem byliśmy na całkiem spoko imprezie, albowiem ślub wzięliśmy, 11 września ślub wzięliśmy, a jeśli ktoś się zastanawia skąd taka data, to wyjaśniam, że to dlatego, że 10 kwietnia już był zajęty. Musicie wiedzieć, że organizacja takiego ślubu to szalenie skomplikowana sprawa, wie to ktokolwiek, kto czytał jakiekolwiek forum ślubne.

11793267_10204890981780269_64349541_n
Niestety, my z Wojtkiem na anioły na szczudłach już się nie załapaliśmy, bo te miały zajęte terminy do roku 2018, i tym samym musieliśmy zadbać jedynie o atrakcje szalenie podstawowe – basen pełen małych szczeniaczków, warsztaty z Ikebany – japońskiego sztuki układania kwiatów, no i występ kucyków skaczących przez płonące obręcze. Wesele uważam za całkiem udane, a jeśli nie wiecie po czym to poznać, to podpowiadam, że wiesz to wtedy, kiedy to panna młoda budzi się następnego dnia cała w siniakach od skakania na trampolinie, a następnie musi wykonać telefon do restauracji, żeby spytać czy nie została u nich przypadkiem jej suknia ślubna?

Jak już odnalazłam swoją suknię ślubną, a Wojtek zadbał o nasze tresowane szynszyle, które na weselu tańcyły makarenę, to natychmiast spadły na nas trudy małżeńskiej rzeczywistości. Wiecie, jak jest – ten moment, kiedy to mężczyzna budzi się któregoś dnia po ślubie i okazuje się, że ta kobieta, która leży obok niego, już wcale nie wygląda tak, jak w dniu ślubu; gładkość jej lica pokryła się delikatną rdzą upływającego czasu, a wysportowane niegdyś ciało obleczone zostało w delikatny kokon nadmiaru węglowodanów i pączków jedzonych po osiemnastej. Na Wojtka takie poślubne rozczarowanie spadło dość szybko, bo już w pierwszy poranek po weselu. Wojtuś się obudził, spojrzał na mnie, pogłaskał mnie czule po głowie i rzekł zasmucony: dzisiaj już ci sie włosy nie błyszczą tak pięknie jak wczoraj.

Wojtuś, obawiam się, że to dopiero początek.

I właściwie to na tym planowałam zakończyć swój poślubny wpis, ale to było zanim jeszcze wybraliśmy się w podróż poślubną, podróż badawczą, mającą na celu znalezienie choć jednego Włocha, który mówi po angielsku. Wszystko zaczęło się od tego, że zgubiono nasze bagaże, to jest nasze i jeszcze dwudziestu innych pasażerów, co mogłoby zdziwić, gdyby nie to, że zgubiono je na szalenie skomplikowanej trasie Katowice-Warszawa. Sprawa rozwiązała się w miarę szybko, to znaczy, że okazało się, że miły pan sortujący bagaże okazał się być hipsterem matematycznych dogmatów, anarchistą międzynarodowych konwencji kolejności cyfr, co oznacza mniej więcej tyle, że jak mu kazali rzucić bagaże na taśmę numer 5, to rzucił na taśmę numer 2, no bo dlaczego nie. Powiem Wam, że takie sytuacje to mnie zawsze cieszą, bo to jednak miło wiedzieć, że na moich studentów i ich matematyczne zdolności czeka gdzieś jednak jakaś praca po studiach.

Potem było już tylko gorzej – potem okazało się, że całe moje komediowe życie jest tylko niewyraźnym cieniem w jaskinii rozrywki. Człowiek już myśli, że jest prezydentem Zjednoczonej Republiki Chichotu i Ubawu Po Pachy, doktorem honoris causa Uniwersytetu Komedii im. Tadeusza Drozdy, a tu nagle się okazuje, że jest ktoś, kto jest autorem dowcipów znacznie wyborniejszych od niego, przy których ludzie pękają ze śmiechu, a potem spotykają się na urazówce z tymi, co sobie z tego śmiechu pozrywali boki. Tak jest, pamiętacie ten skecz Monty Pythona o najśmieszniejszym dowcipie świata, co to pozbawiał życia każdego, kto go usłyszał? Powiem Wam, że mnie ten skecz zawsze szalenie irytował, bo ja zawsze chciałam wiedzieć, co to był za dowcip, w sense o co w nim chodziło, a teraz wreszcie wiem, nie mam wątpliwości, że chodziło o lotnisko w Modlinie.

a

Biorę co prawda pod uwagę, że trudno mieć żal do tego miłego człowieka, co to to lotnisko wymyślił, wszak wszyscy mieliśmy kiedyś idiotyczne pomysły po pijaku, z tą różnicą, że szczęśliwie nam nie zawsze dane było je realizować. Lotnisko w Modlinie to intelektualna uczta dla prawdziwych koneserów. Jak na to lotnisko dotarliśmy, to okazało się, że kolejka do zrzutu bagażu sięga Warszawy wschodniej, a kolejka do odprawy podchodzi już pod Radom, i może to wynikać z tego, że jest to miejsce przystowane do odlotu maksymalnie jednego samolotu na raz (błąd pomiaru: pół samolotu), a akurat odlatywało z niego tych samolotów dziesięć. Na szczęście macie mnie i tym samym mam dla Was krótki i sprawdzony kurs, jak nie spóźnić się na samolot w Modlinie, to znaczy, że należy przechodzić przez wszystkie wejścia, które ci nie przysługują, wpychać się do bramek niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, a zaczepiony przez obsługę tłumaczyć im wszystko po angielsku, i to jest jakby sposób gwarantowany, bo na tym lotnisku nikt nie mówi w obcych językach, oczywiście z wyjątkiem języka ludzi i aniołów, naturalnego esperanto ludzkości, zrozumiałym przez wszystkie narody tego świata, to jest języka polskiego mówionego głośno.

Jak już wsiedliśmy do samolotu, to okazało się, że i tak śpieszyliśmy się niepotrzebnie, albowiem miły pan pilot poinformował nas, że musimy poczekać na technika, bo w drodze do Polski samolot zderzył się z ptakiem i teraz trzeba sprawdzić, czy nadaje się do latania (samolot, nie ptak). Powiem szczerze, że szalenie mnie ta sytuacja zaintrygowałam i natychmiast zmusiła do następujących rozważań: jakim cudem ten ptak nie zauważył samolotu? Jak również – co to był za ptak, który zdołał uszkodzić samolot? Generalnie to w tej drugiej kwestii obstawiałam pterodaktyla, ale jednak nie, bo pan steward, spytany przeze mnie co to był za ptak, powiedział, że biały, a przecież nie ma białych pterodaktyli.

Generalnie wszystko trwało jakieś trzy godziny, bo okazało się, że przyjście pana technika jest o tyle skomplikowane, że – jak poinformował nas pan pilot – technik już dawno powinien być, ale zaginął, a jak już się odnalazł, to powiedział, że samolot co prawda da się naprawić, ale to wymaga narzędzi, których nie posiada. Najpewniej te narzędzia utknęły w tym samym tajemniczym miejscu, gdzie zaginęła logika organizacji tego lotniska.

Jak już zmieniliśmy samolot, otrzymując od Rajanera w ramach rekompensaty dodatkowe dwie godziny ogłoszeń o zdrapkach i nagich kalendarzach, to dolecieliśmy na miejsce, gdzie okazało się, że wszystkie nasze bagaże zostały zalane bliżej niezidentyfikowaną cieczą, po zapachu wnioskuję, że najpewniej był to roztwór nasycony z martwego gołębia. Moje przypuszczenia potwierdzały wszystkie okoliczne bezdomne psy, które natychmiast pokochały tę miłą parę ludzi, która śmierdzi martwymi zwierzętami i tym samym nie opuściły nas już na krok.

No to jest druga w nocy, jesteśmy gdzieś na końcu świata, po którym to końcu świata przechadzamy się absolutnie wykończeni, z walizkami śmierdzącymi trupem, a za nami podążają stada bezdomnych psów. Czy to jest alegoria małżeństwa? Czy tak wygląda życie po ślubie? To by się nawet zgadzało, mogłam przewidzieć te klęski, wszak od czasu wesela Wojtek natychmiast zaprzestał opuszczania deski klozetowej.

W takich trudných chwilach, Janinciu, musisz pamiętać o tym, dlaczego właściwie wzięliśmy ten ślub, o co chodzi w małżeństwie – tłumaczy mi Wojtek cierpliwie, jednocześnie nogą odganiając trzy bezdomne psy – w małżeństwie chodzi o to, że już do końca życia możemy być grubi.

Czyli jednak. Poślubiłam właściwego człowieka.