Nie wiem co Wy ostatnio zrobiliście szalonego w swoim życiu, ale ja byłam częścią zorganizowanej grupy przestępczej, która w zeszłym czwartek zmieniła żarówkę w biurze. Bo trzeba Wam wiedzieć, że u nas na uczelni nie wolno samemu zmieniać żarówki, bo to gwałci wszelkie zasady BHP i może prowadzić do poważnych uszkodzeń ciała, a w niektórych przypadkach również do zagrożenia życia. Procedury wprowadzone w trosce o nasze bezpieczeństwo stanowią, że jak się chce w biurze zmienić żarówkę, to należy wezwać miłego pana, który to miły pan posiada wszelkie uprawnienia do zmiany żarówki w taki sposób, by zminimalizować liczbę ofiar śmiertelnych i przypadkowych rannych. My jednak postanowiliśmy zmienić żarówkę sami, bo z nas takie krejzole i totalne YOLO, jak to mówią nasi studenci, z tym że to YOLO to jesteśmy zupełnie od niedawna, to jest od czasu jak w końcu wygooglowaliśmy co to znaczy.

You-Only-YOLO-Once-Workaholics
Więc kolega z ekonomii zmieniał żarówkę, a ja mu pomagałam i to była najbardziej szalona i niezgodna z prawem rzecz jaką robiłam w tym kraju, przynajmniej od czasu jak kiedyś w Tesco próbowałam kupić nielegalną ilość paracetamolu. No i był jeszcze kolega z teologii, który pilnował drzwi czy przypadkiem ktoś nie nadchodzi, bo zgodnie uznaliśmy, że jemu najbardziej przyda się ćwiczenie cierpliwości w wypatrywaniu tego, co być może nigdy nie nadejdzie, jak na przykład pana dziekana, Godota albo pracy po doktoracie. I cała operacja zmierzała już ku końcowi, i już cali byliśmy podjarani naszą nową tożsamością ludzi poza prawem, już przygotowywaliśmy się do zakupu papugi na ramię i opaski na oczy, my – piraci zasad społecznych, kowboje regulaminów, bojówki paragrafów, a wtedy to kolega spod drzwi wszczął alarm i “THEY’RE COMING! THEY’RE COMING!” – krzyczał, a krzyczał tak dramatycznie, że aż przez chwilę nie byłam pewna czy widzi pana dziekana, czy też coś znacznie gorszego typu sąd ostateczny albo ciasteczka bezglutenowe bez cukru, ale okazało się, że sprawa jest jeszcze poważniejsza, bo to nadchodzili studenci.

W takiej sytuacji to zawsze strach, bo wielu studentów mamy wspólnych i to nigdy nie wiadomo do kogo przychodzą, więc z nas wszystkich to tylko kolega z ekonomii powiedział, że on się w ogóle nie boi, bo na pewno nie przyszli do niego, no bo on swoim studentom powiedział, że przebywa w Ameryce Południowej, a ja go pytam po co aż w Ameryce Południowej, czy nie mógł po prostu wybrać się do Cork, a on powiedział, że Cork jest zbyt blisko, w Cork mogliby go znaleźć, więc wybrał Amerykę Południową i może być też tak, że wspomniał coś o dżungli. OK, bez paniki. Może wcale nie szukają nikogo z nas, może po prostu się zgubili, szukają łazienki, biblioteki może? Zaśmiałam się z własnego dowcipu, ale krótko, bo oto nasz odźwierny już szedł przekazać informację kogo właściwie szukają studenci; życie, ty takie przewidywalne, jak nie wiesz kogo wychłostać, to wiadomo, że wybierzesz Polaka.

No to idę. Idę i pytam czego ode mnie potrzebują, a oni mówią, że chcieli porozmawiać o metodach nieparametrycznych, co mnie szalenie wzrusza, ale tylko przez chwilę, bo zaraz potem trzy lata pedagogicznego doświadczenia dają mi w twarz i mówię, żeby nie udawali, przecież ich to w ogóle nie interesuje, a ten pierwszy poddaje się dość szybko i mówi, że ok, no dobra, w ogóle go to nie interesuje, a ten drugi jeszcze trochę walczy i mówi, że jednak trochę go to interesuje, ale potem zastanawia się chwile i mówi, że jednak nie, wcale go to nie interesuje, i że tak właściwie to są tu tylko z jednego powodu, a że mianowicie, że wybierają się wkrótce na zagraniczny wolontariat. Wiecie o co chodzi – o te programy, gdzie ludzie jeżdżą do tych mniej fortunnych zakątków świata, by nieść kaganek oświaty, uczyć demokracji, podzielić się odrobiną technologicznych osiągnięć. Więc ja mówię, że to świetny pomysł i pytam w jakim to kraju trzeciego świata będą łatać dziury cywilizacyjne, czy będzie to Tajlandia? Mozambik? Indie? A oni mówią, że prawie – Polska.

creepy little girl

Więc pytam, co dokładnie będą w tej Polsce porabiać, a oni mówią, że za dnia uczyć dzieci angielskiego, a w nocy wyrywać na to lachony, wiadomo, wszyscy zostaliśmy nauczycielami z tych samych powodów. I pytają czy mam jakieś wskazówki na ich nową, polską drogę życia, a ja im mówię, żeby przede wszystkim przed tym wyjazdem zbadali sobie wątrobę, i oni zapisują: CHECK. MY. LIVER., oczywiście że zapisują, to tylko jak im sto razy tłumaczę co to jest istotność statystyczna, to zapominają zapisać. I jeszcze mówią, że dwa tygodnie temu, na zajęciach powiedziałam – i tu cytują – że “I’m from a wild country” i oni chcieliby wiedzieć, czy ja miałam na myśli dzikość dosłowną, w sensie czy grozi im śmierć z paszczy niedźwiedzia, czy też to była taka metafora, a ja mówię, że nigdy nic takiego nie powiedziałam, a oni mi pokazują zeszyt i okazuje sie, że 9 kwietnia rzeczywiście coś takiego powiedziałam, to generalnie doskonale wiedzieć, że oni takie rzeczy zapisują i że już nigdy nie zostanę prezydentem.

No więc pytają mnie o ten nasz dziki kraj, to jest na ile jest dziki i jak bardzo muszą się przygotować, czy wystarczy im zwykła kurtka czy muszą kupić taką na wyprawy polarne, a ja ich pytam skąd im się wzięła ta polarność, a oni mówią, że z nazwy, no bo POLA-ND, to trochę jak POLA-R i jeszcze pytają czy dużo jest w tej Polsce polar bears, a ja mówię, że trochę, ale to raczej na wsi, już coraz rzadziej się je widuje w miastach, i oni to też zapisują.

Szczerze mówiąc to nie liczyłam już za bardzo na to, że złapią się na te niedźwiedzie, zwłaszcza że dwa lata temu mieliśmy już podobną dyskusję, kiedy to dyskutowałam ze studentami o irlandzkich problemach społecznych i rzuciłam brawurowy żart o tym, że obecnie w Polsce największym problemem społecznym są bezpańskie lamy wałęsające się po ulicach, i to zupełnie ich przerosło, w ogóle nie mieściło im się w głowie, no bo dlaczego rząd na to pozwala, na te stada agresywnych lam biegających po ulicach, dlaczego – spytali – nikt w Polsce nie wybuduje więcej schronisk dla bezdomnych lam?! Niemniej w tamtym momencie okazało się, że ta dziwna kombinacja zwierząt w ogóle nie wzbudziła niczyich podejrzeń, wiadomo, dzień jak co dzień w Polsce – niedźwiedzie polarne bawią się z lamami, a małpy poganiają je od tyłu.

niemrawa_lama_i_ruiny_miasta_590x443_crop_rozmiar-niestandardowy

Bezdomna lama wałęsająca się po Bydgoszczy

I w końcu, jak już wyjaśniliśmy sobie wszystkie zagadnienia związane z polską fauną i florą, to oni mówią, że została już tylko jedna, najważniejsza sprawa, to znaczy, że chcieliby wiedzieć, czy to prawda, że kobiety w Polsce są taaaaaaakie ładne, ale to taaaaaaaaaaaaaakie ładne? A ja mówię, że w sumie to nie wiem, to znaczy na przykład ja jestem bardzo ładna, ale musimy być ostrożni z generalizacją wyników tego badania, a jeden z nich mówi, że wie, wie, przecież pamięta z moich zajęć, że w celu generalizacji musielibyśmy pobrać dostatecznie liczną próbę w sposób losowy.

Ok, może ja powtórzę, żebyście nie przegapili:

POWIEDZIAŁ, ŻE PAMIĘTA COŚ Z MOICH ZAJĘĆ.

I wtedy zorientował się, co powiedział i zamilkł.
I ja też milczałam.
I razem milczeliśmy.
Aż w końcu on poczuł się w obowiązku wytłumaczyć:

– I have no idea how I learned that – wyjaśnił – but I better drink it away before I remember it forever.

I poszedł. A jak tylko zniknął za rogiem to pobiegłam do biura ile sił w nogach i powiedziałam mojemu koledze z biurka obok, że właśnie przed chwilą okazało się, że jeden ze studentów się czegoś na moich zajęciach nauczył, i koleżance obok też powiedziałam, i koledze spod okna też. Ale nikt mi nie uwierzył. Wiadomo, tych Irlandczyków to nie tak łatwo nabrać. A nauczony student to nie niedźwiedź polarny ujeżdżany przez tapira na warszawskiej starówce – występuje raczej rzadko.

***
Kolejna część dramatycznych przygód moich studentów na polskiej ziemi, w czasie których nauczyli się, że Polish people eat a lot of yaykos i że człowiek jednak nie może poślubić kaczki: Czytaj TU