Dzisiaj przytrafiły mi się w pracy nadgodziny i to wcale nie z powodu postanowień noworocznych, albowiem ja takowych w tym roku w ogóle nie robiłam, bo okazało się, że wciąż posiadam niewykorzystane postanowienia z roku poprzedniego, a jak coś wciąż jest choć w miarę zdatne do użytku, to nie należy tego wymieniać. Wszystkim mężom przypominam, że tak samo rzecz ma się z żonami, a wszystkich chłopcom z politechniki, że nie dotyczy to bielizny. Co prawda w zeszłą środę miałam jeszcze postanowienie noworoczne, żeby być życzliwie nastawiona do świata i powstrzymywać się od negatywnych komentarzy, ale to doprowadziło jedynie do tego, że przez cały dzień nie miałam nic do powiedzenia. Mój szef do dziś twierdzi, że ta środa to był najpiękniejszy dzień jego życia, na równi z jego własnym ślubem i dniem kiedy wymienił sobie felgi w samochodzie.

Tak czy siak moje dzisiejsze nadgodziny wcale nie wynikały z postanowień noworocznych, a raczej z faktu, że posiadam tłuste łydki. Mówię o tym głośno i mówię odważnie, z całą świadomością konsekwencji takiego wyznania, ale uznałam, że nie mogę dłużej czekać i stać się muszę głosem przewodnim tego pokolenia, dla którego zakup kozaków jest wydarzeniem równie traumatycznym jak dla moich studentów ułamek w równaniu. Na przykład dziś przed pracą weszłam do sklepu i poprosiłam o wszystkie możliwe kozaki tego świata, a potem zaczęłam przymierzać wszystkie możliwe kozaki tego świata, ale jakkolwiek bym się nie starała, i tak każdy zatrzymywał się gdzieś w połowie łydki, co powodowało we mnie dość wysokie poziomy frustracji, podobnie jak ostatnio ta sytuacja, kiedy to chciałam się napić syropu, ale nie potrafiłam poradzić sobie z zabezpieczeniami przez dziećmi, a akurat nie było w domu nikogo dorosłego, kto mógłby mi pomóc.

W sklepie z butami ponownie poczułam tę samą przeszywającą bezradność, która towarzyszła mi przy owej niedostępnej butelce syropu, więc kiedy w końcu znalazłam jakiekolwiek buty, które pasowały na absolutny styczek, to postanowiłam je natychmiast kupić, bo pan w sklepie mi solennie obiecał, że one z czasem się rozbiją, co okazało się być prawdą jedynie połowiczną i to połowiczną w sensie dosłownym. To oznacza mniej więcej tyle, że o ile na relacje z butem lewym nie narzekałam wcale, o tyle but prawy bardzo skutecznie odciął mi dopływ krwi do nogi i tak właśnie, z okazji zamartwicy prawej stopy i fizycznej niemożliwości chodzenia, postanowiłam zrobić nadgodziny.

Skoro i tak nie byłam w stanie wyjść z pracy, to postanowiłam zająć się tym, co mi w życiu wychodzi najlepiej, to jest mówieniem innym, co robią źle. Z jakiegoś powodu uznałam, że ostatnie wypadki farmaceutyczno-obuwnicze nie doświadczyły mnie jeszcze wystarczająco mocno, więc postanowiłam sobie posprawdzać parę studenckich prac semestralnych. Po tylu latach bycia nauczycielem nie mam już żadnych wątpliwości, że sprawdzanie prac studenckich to wspaniała, intelektualna przygoda, głównie dlatego, że większość studentów pisze swoje prace tak:

post-6096-I-m-going-to-type-every-word-I-UNA2

W tym miejscu chciałam jeszcze przez chwilę odnieść się do wyrażenia po tylu latach uczenia, albowiem często mnie pytacie ile to lat ja już uczę, że jestem aż tak sfrustrowana, trzydzieści? A więc nie, trzy. Tak, co prawda tylko trzy lata, ale to całkowicie wystarczy, bo utrata nadziei to proces postępujący szybko jak martwica nogi w za ciasnym kozaku. Zwłaszcza w trakcie sprawdzania prac studenckich, bo musicie wiedzieć, że takie sprawdzanie prac to czynność szalenie trudna i wymagająca. Po pierwsze dlatego, że w jej trakcie człowiek uświadomia sobie, że ostatnie sześć miesięcy swojego życia może wyrzucić do kosza, albowiem z wszystkich moich brawurowych występów pedagogicznych studenci i tak zapamiętali tylko ten, kiedy to przypadkiem usiadłam na kredzie, a już na pewno nie ten, kiedy tłumaczyłam im, że korelowania wieku i płci w celu dojścia do wniosku, że im ktoś jest starszy, tym bardziej jest kobietą, nie jest tym odkryciem naukowym, na który świat czeka. Po drugie, sprawdzanie prac studenckich to doświadczenie trudne dlatego, że wymaga ode mnie bycia człowiekiem odpowiedzialnym i dojrzałym, tj. powstrzymywania się od głupich komentarzy.

Na przykład w zeszłym roku student udowadniał mi przez osiem stron eseju, że w według irlandzkiej legislacji w tym kraju łatwiej jest odbyć stosunek płciowy z koniem niż zawrzeć homoseksualny związek partnerski. Nie wiem skąd ten koń, naprawdę nie wiem. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że gdyby wtedy przeprowadzono na mnie zaawansowane analizy medyczne, to mogłoby się okazać, że w momencie czytania tej pracy składałam się w 95% szyderstwa, choć w żaden sposób nie mogłam dać temu wyrazu, nawet jeśli czułam, że z każdym nienapisanym przeze mnie komentarzem gdzieś tam umiera jedna lama.

lama

smutną lamę pożyczyłam od naszej czytelniczki Agi <3, która pożyczyła ją od swojego kolegi Internetu

Tak jest, w żaden sposób nie mogłam odnieść się do tych wielostronicowych rozważań o miłości do parzystokopytnych i bezdusznej literze prawa, bo jedynym komentarzem na jaki mogłam sobie pozwolić jako poważny człowiek-nauczyciel, był ten: brak przypisów. Już inną kwestią jest to, że następnie musiałam przestudiować uważnie irlandzką konstytucję w celu zweryfikowania wszystkich informacji zawartych w owym eseju i tym samym wszystkich zainteresowanych informuję, że irlandzkie ustawodawstwo w żaden sposób nie reguluje stosunków romantycznych z koniem. Oczywiście teraz moglibyście mnie spytać dlaczego właściwie każę studentom pisać prace na tak idiotyczne tematy jak konie w związkach partnerskich, ale już wyjaśniam – wcale nie kazałam. Kazałam im przeanalizować najnowsze trendy demograficzne w Irlandii na podstawie wykresu.

Uważaj o co pytasz studenta. Czasem mozesz uzyskać odpowiedź.

W tym roku też się dużo nauczyłam. Na przykład jeden ze studentów, po wykonaniu bardzo zaawansowanych obliczeń matematycznych, tłumaczył mi, że w celu uzyskania rzetelnych wyników badań musimy zgromadzić próbę składającą się z 145.65 ludzi. Niestety – wyjaśniał dalej student – znalezienie respondenta, który jest w 0.65 człowiekiem byłoby “dość skomplikowane” i dlatego pozwolił sobie liczbę tą zaokrąglić do 146, na co zgodziłam się niechętnie, bo znacznie bardziej wolałabym zobaczyć w jaki właściwie sposób ten student tego 0.65 człowieka znajduje.

Po sprawdzeniu 50 studenckich esejów i przejrzeniu setek ogłoszeń o pracę, tylko po to żeby dojść do wniosku, że nic w życiu nie potrafię robić i w związku z tym nie pozostaje mi nic innego jak wciąż być nauczycielem, natrafiłam na pracę składającą się z jednej kartki i pięciu zdań. Odwrotnie niż cała reszta jego kolegów, ten student nie potrzebował kilkunastu stron by dowieść czy istnieją istotne różnice w poziomie stresu pomiędzy studentami a wykładowcami. Oto człowiek niewielu słów, a wielu konkluzji. Nie będę niczego liczył, bo to niepotrzebne – donosił mi – z góry wiadomo, że studenci są znacznie bardziej zestresowani niż wykładowcy. Ci drudzy nie muszą pisać prac zaliczeniowych ani egzaminów.

No i co, nie ma człowiek racji? No ma rację, z której strony by nie patrzeć. Dałam mu parę punktów, niech ma. Nie będę przecież chłopakowi dokładać stresu. Poczekam parę lat aż podatki i brak zniżek studenckich zrobią to za mnie.