Jestem sobie na lotnisku, czekam na samolot powrotny i tym samym chciałam na chwilę wrócić myślami do dnia swojego przylotu do kraju ojczystego, to jest tego dnia, gdy dotknęłam stopą polskiej ziemi, a chmury nad moją głową ułożyły się w ogromny kształt orła białego, a ptaki na drzewach cicho śpiewały „Barkę” w tonacji C-dur. Leciałam do Wrocławia i w związku z tym nie miałam zbyt dużych nadziei, co do spotkania z folklorem narodowych postaw prezentowanych przez podróżnych, albowiem musicie wiedzieć, że w tej kwestii to z reguły prym wiedzie lotnisko w Katowicach-Pyrzowicach, tam to zawsze znajdzie się jakiś człowiek obwiązany pętami kiełbasy, co to nie umie zginać łokci, bo właśnie skitrał w nich cztery puszki Dębowego mocne i jeszcze czekoladę dla wnuka. No ale tutaj Wrocław, arystokracja, szacuneczek, ludzie pełni kultury i zainteresowania dla świata, na czele z tym miłym panem o upodobaniach ornitologicznych, miłośnika ptaków ze szczególnym uwzględnieniem tych z rodziny szponiastych, rzędu jastrzębiowate, to jest pana w bluzie z napisem „fanatyk orła białego”.

Trudno, co zrobić. Jaki kraj, taki Attenborough.

giphy-1

No ale dobrze, jestem w samolocie i tym samym chciałabym przestawić Wam kilka lekcji dotyczących tego, w jaki sposób wywołać myśli samobójcze u współpasażerów. Oczywiście największe możliwości mają ludzie z dziećmi, wiadomo, więc to zawsze warto sobie jakieś dziecko skitrać na czas lotu, ewentualnie pożyczyć od sąsiadki. No i jak na przykład macie dziecko, to takim najlepszym sposobem znęcania się nad innymi ludźmi, jest puszczenie dziecku na laptopie Świnki Peppy, oczywiście na pełnych głośnikach, na wypadek jakby tylne rzędy samolotu miały problem ze śledzeniem fabuły. No i powiem Wam, że ta polityka nienawiści względem współpasażerów jest całkiem skuteczna, no bo z jednej strony, to już po kilku minutach byłam szalenie zirytowanym człowiekiem, ale z drugiej strony to byłam też człowiekiem niezwykle smutnym, albowiem wszystko wskazywało na to, że świnka Peppa ma bogatsze życie towarzyskie ode mnie.

Mnie zaś trafiło się towarzystwo miłe i spokojne, a dokładniej rzecz ujmując, to siedziałam obok pani, która czytała najgorszą książkę świata, nie dojrzałam tytułu, niemniej w sposób podły dojrzałam kawałek jednego z rodziałów, który miał tytuł „Przyjaciółka” i zaczynał się od cytatu z Napoleona Bonaparte, jakoby „cierpienie wymagało większej odwagi niż śmierć”. I w tym rozdziale to główna bohaterka leżała szalenie smutna, ale to tak smutna, że jej „serce już nie chciało żyć”, albowiem „nie miało już dla kogo grać miłosnych serenad” i jak już człowiek myślał, ze nie może być gorzej, to wtedy z pomocą przyszła jej koleżanka, która nazywała się Okruszek.

Przysięgam, przez trzy strony myślałam, że Okruszek to kot, dopiero gdy Okruszek „otworzył butelkę wina o kolorze krwawego nieba”, to zaczęłam nabierać podejrzeń, że coś jest nie tak.

No a z mojej drugiej strony siedział niemowlak. Znaczy „siedział” to trochę nadużycie, bo generalnie to go wszędzie noszono, czyli to był dokładnie taki stan, do jakiego ja w życiu dążę. No i generalnie to ten niemowlak był najspokojniejszym niemowlakiem świata i to było absolutnie najgorzej, bo mnie ostatnio widok wszelkich niemowlaków sieka serce jak jarzyny na sałatkę. Niemowlak siedzi i się na mnie patrzy. On się tak na mnie patrzy, wczepił się w mamę jak panda w bambus, i on tak się czai na moją emocjonalność, a ja patrzę na niego i nagle wszystkie wykłady z psychologii ewolucyjnej stanęły mi przed oczami, i on tak siedzi, tak patrzy, a ja sobie powtarzam: to tylko ewolucja.

Janino, to tylko ewolucja – powtarzam sobie w myślach – on cię wzrusza, bo jest obły i ma oczy nieproporcjonalnie duże w stosunku do reszty twarzy. Jesteś zaprogramowana, żeby to cię wzruszało. Zachowaj spokój.

Paniebożemój, zaraz utopię się we własnych hormonach. Jakbym miała gdzieś pod ręką Wojtka, to już dawno robilibyśmy takie rzeczy, ale to takie rzeczy, że tym razem to świnka Peppa by mi zazdrościła.

giphy-6

No i ja tak na tego niemowlaka patrzę, dyskutuję sama ze sobą o ewolucji, aż zdobyłam zainteresowanie matki do której był przyczepiony owy niemowlak, która to pani najpewniej uznała, że moje zainteresowanie jej dzieckiem czyni ze mnie partnera do merytorycznej dyskusji na tematy okołomacierzyńskie, a ja nie za bardzo miałam czas jej wyjaśnić, że nie, nie, proszę pani, to tylko ta jego ewolucyjna dysproporcja pomiędzy wielkością oczu i twarzy, albowiem z pani to był istny bullterier konwersacji, pani mówi do mnie tak:

– Wie pani, wciąż nie mogę się zdecydować, co boli bardziej: poród czy powiększanie ust…

(ja nie mówię nic, pani myśli dalej)

– … no bo powiększanie ust to strasznie boli, strasznie boli, proszę pani, bo usta to są bardzo unerwione…

(milczy chwilę, myśli, dopełnia swojego wnioskowania logicznego)

– …NO ALE Z DRUGIEJ STRONY PIPUCHNA TEŻ.

I to wszystko, moi drodzy, w moim najnowszym cyklu pod tytułem: „rzeczy, których nie należy mówić w samolotach”.

***

Ponadto chciałam się pochwalić, że dzisiaj gwiazdorzyłam też w telewizorze i to jest absolutnie najgorzej, jak człowieka zapraszają do telewizji, a jest ledwie po świętach, więc nie przychodzi sam, tylko ze swoimi pięcioma podbródkami. Wrzucam link, bo chwalę tam męża, więc niech świat wie. O, tu:  [link]