Czerwiec to taki miły czas w roku, kiedy to staję się najbardziej pożądaną gazelą w tej uniwersyteckiej dżungli, szafranem studenckiego świata i najpiękniej wyczesanym owczarkiem collie wśród wykładowców akademickich, co oznacza mniej więcej tyle, że wraz ze zbliżającym się terminem oddania prac dyplomowych, w sposób nagły wzrasta studencka miłość do instytucji liczenia, a raczej do ludzi, którzy posiedli tę magiczną wiedzę, jakoby logarytm naturalny to wcale nie był gatunek sera. No a co Wam powiem – akurat liczby, zupełnie odwrotnie niż własny apetyt, to ja poskramiam doskonale.


No i ja sobie jestem teraz taką szalenie pożądaną gazelą, ja sobie tak kopytkuję co rano do biura, ale to kopytkowanie to ma w sobie ostatnio pewien pierwiastek dramatyzmu, albowiem ja bardzo się staram robić to w sposób niezauważony, tak by po drodze nie zostać trafiona pociskiem studenckich pytań, a to jest szalenie trudne, bo ja jestem człowiekiem o żenującej zdolności do koncentracji, więc jak ja tak sobie udaję przebiegłą gazelę, to zawsze w pewnym momencie stracę czujność, bo akurat się rozkojarzę myśleniem o tym, że w sumie to takie gazele mają super, bo nie muszą golić nóg.

A ostatnio to już w ogóle klęska, bo mnie tak doskonale szło to kopytkowanie po korytarzu, ja byłam ledwie trzy kroki od bezpiecznej przestrzeni własnego biura, a wtedy ciach, zobaczyłam za oknem dwie mewy i to było silniejsze ode mnie, no nikt by się nie powstrzymał, ja natychmiast zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy mewy mogą być homoseksualne? No bo pingwiny na przykład mogą, i delfiny też, a z delfinów to w ogóle są takie gagatki, że niektóre to się nawet zakochują w żółwiach morskich albo węgorzach (serioszka!), a o mewach to ja akurat nic nie wiedziałam, więc się zainteresowałam, i akurat jak się nad tym zastanawiałam to ciach, wykorzystawszy moją chwilowe rozkojarzenie, dopadł mnie student i powiedział, że cześć Janina, co robisz?, a ja powiedziałam, że cześć, Conor, co wiesz o mewach?

Ku mojemu rozczarowaniu Conor niewiele wiedział o mewach, niemniej miał bardzo wiele ważnych przemyśleń na temat życia i śmierci, ze szczególnym wskazaniem na to drugie, co miało ścisły związek z bliskim terminem oddania jego pracy licencjackiej. I on mnie spytał, czy mogłabym mu pomóc w jednym modelu regresji logistycznej, a ja przewróciłam oczami i westchnęłam, że Conor, Conor, Conor, takie podejście do obowiązków jest naprawdę niepoważne, że przecież jesteśmy dorosłymi ludźmi, że organizacja pracy jeszcze nigdy nikogo nie zabiła, i jeszcze powiedziałam wiele innych rzeczy, które bardzo często powtarza mi mój szef. Ale musicie wiedzieć, że tak naprawdę to trochę udawałam z tym zniecierpliwieniem, bo regresja logistyczna jest moją ulubioną z wszystkich regresji, więc to było trochę tak, jakby ktoś właśnie rzucił mi w twarz najpiękniejszym w świecie schabowym i jeszcze dodał panierowaną kostkę masła na deser.

Więc idziemy to policzyć i jak tak idziemy to ja jestem najbardziej zadowolonym człowiekiem świata, za to nasz kolega Conor to tak nie za bardzo, on na buzi to ma taki odwrócony rogalik, bardzo jest nieszczęśliwy, i mówi, że on naprawdę nie rozumie do czego mu się to wszystko kiedykolwiek w życiu przyda, a ja mu na to mówię, że akurat liczenie to mu się może w życiu okazać pomocne, na przykład wtedy, gdy pójdzie kiedyś z dziećmi do supermarketu, a potem źle je policzy w drodze powrotnej i żona mu w domu powie, że w sumie całkiem spoko, że wrócił z trójką dzieci, ale czemu dwójki brakuje, to wtedy, Conor, może być ci bardzo ciężko wytłumaczyć żonie, czemu się nie doliczyłeś własnych dzieci, bo o ile jedno zgubione dziecko można jeszcze potraktować jako błąd pomiaru, to dwójka to już totalnie nie przejdzie.

A poza tym, Conor – mówię mu – to ja uważam, że człowiek musi się w życiu uczyć wielu znacznie bardziej zbędnych rzeczy niż matematyka, na przykład ja całą podstawówkę byłam traumatyzowana lekcją fikołków i ja do dziś nie wiem do czego mi te fikołki były potrzebne, a wtedy on patrzy na mnie, patrzy, i to jest taki wzrok totalnego niezrozumienia, znaczy wiecie – ja go pytam do czego w ogóle przydaje się w życiu umiejętność robienia fikołków, a on patrzy na mnie jak na takiego totalnego człowieka-idiotę, mówi:

– Nooo… – tłumaczy mi takim tonem, jakby przekazywał mi najbanalniejszą prawdę tego świata –

…żeby bawić się z kolegami w ludzkie kręgle.