Wiem, że wielu z Was przychodzi tu dziś po pociechę, albowiem znowu okazało się, że gdzieś pomiędzy trudnymi decyzjami (sernik czy makowiec? kawałek czy trzy?) i ważnymi wydarzeniami (odznaczenie bohaterów, którym udało się przekonać babcię na Wigilii, że już nie są głodni), niepostrzeżenie śmignął bożonarodzeniowy urlop i to śmignął szybko jak pies na delfinie.

GIF-Dog-riding-on-dolphin

Dla wielu koniec urlopu to sytuacja trudna, zmuszająca do niekontrolowanego, spazmowego płaczu, zupełnie tak jak mnie ostatnio zmusił do łez widok dobrze usmażonego kotleta schabowego. W moim jednak przypadku sprawa ma się trochę inaczej, albowiem mój koniec świątecznego urlopu jest równoznaczny z początkiem szalonej intelektualnej przygody, która wiedzie przez meandry w pełni zrozumiałych zachowań społecznych i w której to przygodzie logika jest przewodnikiem, a uśmiech i pogoda ducha jego pomocnikami. Mowa oczywiście o podróży samolotem z ludźmi-Polakami.

Wszystko zaczyna się przed bramką odlotów, kiedy to okazuje się, że samolot wystartuje już za niecałe 5 godzin, czyli czas najwyższy ustawić się w kolejce do wyjścia. 5 godzin przed wylotem to oczywiście czas minimalny, opcja dla tych co lubią żyć na krawędzi, bo generalnie to im wcześniej się ustawisz, tym lepiej. Słyszałam ostatnio, że wprowadzono w rekrutacji do amerykańskich służb specjalnych nowy egzamin zręcznościowy, który polega na tym, że trzeba się ustawić w kolejce przed Polakiem. Jeszcze nikt nie zdał.

Oczywiście takie ustawienie się w lotniskowej kolejce wymaga nerwów ze stali, wiadomo jak jest – z jednej strony oczy zalewa Ci niepokój, sercem targa trwoga, a z każdą mijającą minutą Twoje szanse dostania się na pokład maleją, a z drugiej strony samo ustawienie się w kolejce w ogóle nie jest czynnością tak banalną, jak mogłoby się wydawać. No bo to niby trzeba się ustawić tak, żeby miejsce w samolocie sobie zagwarantować, ale też jednocześnie ustawienie to okrasić należy pewną dozą nonszalancji, tak żeby nikt nie domyślił się, że w tej kolejce stoisz, no bo to trzeba być idiotą żeby ustawiać się w kolejce na 5 godzin przed odlotem.

Najskuteczniejszym sposobem rozwiązania tego problemu jest technika na sokoła, tj. zataczanie kółek. To oznacza mniej więcej tyle, że należy krążyć dookoła bramki i krążyć, przypadkiem czasem rozejrzeć się na boki, popodziwiać ściany i sufity w tym krążeniu swoim, a potem ciach, nagle stanąć przypadkiem tuż przed samą bramką. Czas, który mija pomiędzy momentem, w którym nasz człowiek-sokół stanie przed bramką, a tym kiedy to uformuje się za nim pełna kolejka ludzi, wynosi mniej więcej dwie sekundy, oczywiście o ile nie nastąpią żadne zakłócenia, na przykład w postaci kobiety w ciąży, która będzie uzurpowała sobie prawo do wejścia na pokład bez kolejki, co jest zupełnie absurdalne, no bo skoro zaszła, to niech teraz stoi.

Następnie przychodzi ten moment, kiedy Rajaner postanawia nauczyć nas czegoś o prawdziwej istocie świąt, to znaczy, że święta są po to żeby dawać (im euro), a nie brać (zbyt dużo bagażu ze sobą). Pamiętajcie, że w życiu najważniejszym jest, by ograniczenia bagażowe omijać z godnością, wysoko podniesioną głową i kiełbasą skitraną w butach. Na przykład kiedyś na lotnisku chowałam właśnie trzy paczki kabanosów do czapki, a obok mnie miły pan z wąsami wpychał salami do nogawek spodni, gdy w tym samym czasie pani na bramce złapała jednego pasażera oskarżonego o 200 gram nadbagażu (!!!!). Na widok tego pan z wąsami klepnął mnie porozumiewawczo, wskazał głową na nieszczęśnika i rzekł z pogardą: “Patrz pani, amator!”. No raczej, że amator, spokojnie mógł sobie ten nadbagaż włożyć do rękawów kurtki, bo czymże jest brak możliwości zginania łokci w obliczu przeszmuglowania 200 gram polędwicy sopockiej?

RAJANER

Możecie być jednak pewni, że w trakcie Waszego lotu na pewno znajdzie się jakiś człowiek zbytnio przywiązany do umiejętności zginania łokci i to zawsze jest problem, bo wtedy cały samolot musi poczekać, aż owy człowiek włoży 7 kilo nadbagażu na siebie i przy okazji wyjaśni obcojęzycznej obsłudze lotniska, że są złodziejami, oczywiście wyjaśni im po polsku, mówiąc głośno i powoli, bo wiadomo, że jak człowiek mówi po polsku głośno i powoli, to ludzie obcych narodowości pojmują nasz język w mig, zagadnienia polskiej fonetyki jawią im się jasno jak światło w moim pokoju po tym jak umyłam lampy, a deklinacje to im z ręki jedzą.

Jak już uda nam się przejść przez bramki w ośmiu swetrach i dwóch kurtkach, to teraz czas na odpowiedź na pytanie, które z pewnością trapi Was od wielu lat, a mianowicie: czy warto oddać życie za miejsce przy oknie? A więc już odpowiadam: jak najbardziej, byle nie było to nasze własne życie. Człowiek-Polak w drodze do swojego wymarzonego miejsca staranuje wszystko, co napotka na swojej drodze z subtelnością dinozaura polującego na owcę, niepomny ani łez kobiet i dzieci, ani statystyk rannych i zabitych. Choć ostatnio sprawę trochę utrudnia to, że niektórzy pasażerowie płacą 5 euro za pierwszeństwo wejścia na pokład, a następnie stoją na lotnisku odgrodzeni od całej reszty świata barierką, a jest to barierka-symbol, symbol nierówności klas, metalowe narzędzie polityki nienawiści prowadzonej przez linie lotnicze przeciwko ludziom bez piątaka. Ja pierwszeństwa wejścia na pokład już nie wykupuję, bo widziałam na własne oczy do jakich zrywów społecznych to prowadzi i od tamtego momentu nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że Marks opracował swoją Teorię Konfliktu zaraz po którejś ze swoich licznych podróży Rajanerem.

Bo to było tak, że któregoś razu, gdy leciałam do Polski, rozpoczęto wpuszczanie do samolotu ludzi, którzy pierwszeństwo wejścia na pokład wykupili, a cała reszta musiała czekać na swoją kolej, a ponieważ biednemu to zawsze wiatr w oczy pod górkę w za ciasnych sandałach, to musieli czekać minut pięć. PIĘĆ MINUT. No dajcie spokój, każdemu by puściły nerwy, nawet święty by nie wytrzymał. Ta oczywista niesprawiedliwość losu nie mogła pozostać niezauważona i natychmiast stała się przedmiotem społecznego linczu.

– Oni weszli! Oni weszli! – zakrzyknął inicjator strajku i przytomnie zauważył: – My nie weszliśmy!!! Oni weszli, my nie weszliśmy!!!!

Tłum zawrzał, a nerwowe szepty zmieniły się w pełni uzasadniony krzyk sprawiedliwości.

– JAK MURZYNÓW NAS TRAKTUJĄ!!! – zdenerwował się ktoś

– JAK ZA KOMUNY!!!! – przypomniał sobie drugi.

– JAK MURZYNÓW!!!!! JAK ZA KOMUNY!!!!!!!! – podchwycił tłum i korzystając z walecznego dziedzictwa naszych przodków, jął forsować barierki i drzwi wejściowe, niczym murzyni komunistyczne barykady w ’89-tym. Skutecznie forsować, dodam, bo na koniec na lotnisku ostałam się tylko ja, zszokowana stewardessa i pewien chiński turysta, który chyba nie bardzo wiedział, co się właśnie wydarzyło, ale możemy być pewni, że do Polski już nigdy nie przyleci.

Teraz już jest odrobinę lepiej, bo mimo iż wciąż można rzucić swoim rodakom trochę luksusu w twarz poprzez wykupienie pierwszeństwa wejścia na pokład, to i tak każdy pasażer dostaje z przydziału swoje własne miejsce numerowane. To sprawia, że wszystko jest prostsze i bardzo łatwo uniknąć rozczarowań – nie musisz się już w ogóle śpieszyć z wejściem na pokład, albowiem możesz być całkowicie pewnym, że na Twoim miejscu ktoś już siedzi. Czasem chodzi o to, że człowieka, który zajął Twoje miejsce pokonała trudna sztuka rozpoznawania liczb, czasem zaś ta zmiana ma charakter celowy i umotywowana jest powodami osobistymi; a bo to taki człowiek nie chce siedzieć przy oknie, żeby go nie zawiało albo też wręcz przeciwnie – koniecznie musi siedzieć przy oknie, by móc kontrolować czy pilot leci dobrze i dlaczego nie.

Ostatnim razem, po rozwiązaniu najbardziej zagadkowych problemów matematycznych tego świata, to znaczy ustaleniu że po rzędzie 9 następuje rząd 10, a nie – jakby się mogło wydawać – 12, udało nam się z Wojtkiem usiąść na własnych miejscach, z tym że osobno, bo co prawda się kochamy, ale nie na tyle żeby zapłacić 20zł za to, żeby siedzieć obok siebie. Wojtek trafił źle, bo siedział obok pana, który chciał z nim rozmawiać. Szczęśliwie mnie takie sytuacje zupełnie nie grożą, bo ludziom z reguły wystarczy jeden rzut oka na moją osobę by zrozumieć, że z wszystkich możliwych błędów życiowych, rozmowa ze mną nie jest tym, który chcą popełnić. Mnie zaś udało się usiąść koło miłego, starszego małżeństwa, które sprawiło, że ta podróż do Irlandii była wspaniałym, intelektualnym wyzwaniem, to znaczy że pani na przykład mówiła panu o tym, że profesor Zimbardo przyleciał ostatnio do Polski, a pan pytał ją kto to jest ten Zimbardo, a ona mówiła mu: Witek, ale wstyd! i wtedy Witek się wstydził, a ona tłumaczyła mu, że Zimbardo to jest taki profesor, co robi przeszczepy, jak Religa, a ja wtedy się zastanawiałam czy ten Zimbardo to przeszczepia też na przykład mózgi, bo bałam się, że mój w każdej chwili wybuchnie.

Wiecie co jeszcze często wybucha w polskich samolotach? Oklaski. Tak jest, posiadamy najliczniejszą w Europie grupę wolontariuszy-hobbystów zrzeszonych pod nazwę Bardzo Rozentuzjazmowani Amatorzy Wiwatów i Oklasków (BRAWO). Oczywiście, że należy klaskać po wylądowaniu, nie rozumiem skąd w niektórych ludziach tyle niezrozumienia ku tej tradycji – pani kasjerce klaszczemy po wydaniu reszty, lekarzowi klaszczemy gdy receptę wypisze, to pilotowi po wylądowaniu mamy nie klaskać?

0612_dd24_500bezbłędny Jan Koza, wiadomo.

Jak człowiek nie klaszcze to gorzej niżby zapomniał skarpetek do sandałów założyć, karnie powinien wychłostać się kabanosem w ramach pokuty, a następnie swoje polskie obywatelstwo od razu wyrzucić do kosza. Wiem, bo ja też kiedyś zapomniałam przyklasnąć po wylądowaniu. A pani czemu nie klaszcze – przywołał mnie do porządku mój współpasażer – nie podobało się?!

– Podobało się, podobało się bardzo – odpowiedziałam, klaszcząc jak najbardziej zadowolona z życia foka, albowiem pan wyglądał tak, jakby nie należało z nim żartować, przynajmniej w kwestiach najważniejszych, takich jak: przywiązanie do własnego portfela, przywiązanie do własnego zdrowia i życia, no i klaskanie po wylądowaniu. Jest powiem Wam, że jednak coś co w tej tradycji mnie trapi: no bo właściwie dlaczego tylko w samolotach klaszczemy? Dlaczego nie zaczniemy robić meksykańskiej fali?

Dobrze, dobrze, tylko pamiętajcie żeby nie zaklaskać się za bardzo, bo wiadomo, że jeszcze zanim samolot dotknie ziemi, to należy sobie zająć miejsce w kolejce do drzwi wyjściowych. Nie przejmujcie się głową obijającą się o sufit i bagażami spadającymi na twarz – to cena, którą trzeba ponieść by być pewnym, że się wysiądzie z samolotu. Wiadomo jak jest – jak nie zdążysz wysiąść na czas, to samolot zacznie zawracać i ani się obejrzysz jak będziesz lecieć z powrotem. Słyszałam kiedyś o pasażerze o tak słabym refleksie, że trzy razy krążył pomiędzy Katowicami a Edynburgiem, zanim w końcu udało mu się wysiąść. Jeśli jednak ponownie nie zawiedzie Was wasz refleks szachisty, to może uda Wam się spokojnie wysiąść na lotnisku docelowym. Tak, oto nasz lot dobiega końca, samolot jest już na ziemi, otwierają się drzwi i wychodzą: matki z dziećmi, panowie z wąsami, młodzi i starzy, biedni i bogaci, wszyscy wyskakują z samolotu i biegną wspólnie ku nowej, lepszej, irlandzkiej przyszłości. A na końcu z samolotu wychodzę ja:

stracilam nadzieje