Dzisiaj chciałabym Wam coś wyjaśnić, tak trochę bardziej na poważnie, na wypadek gdybyście mieli wkrótce przeczytać coś na mój temat, co mogłoby Was zdziwić. Mój prawnik wysłał dziś pismo z żądaniem do zapłaty administratorom fanpejdża, który – według ich własnego statutu – działa w słusznej sprawie, przeciwko dyskryminacji. Myślę, że nikomu nie muszę tłumaczyć, że tematy tolerancji, szacunku do drugiego człowieka i akceptacji dla różnorodności są dla mnie bardzo ważne. Niemniej uważam, że to że ktoś ma dobre chęci, nie usprawiedliwia nieuczciwego zachowania.

Jakiś czas temu ten fanpejdż opublikował u siebie jeden z moich tekstów, skopiowany słowo w słowo (właściwie to w dość leniwy sposób, bo nie skasowali z niego nawet pozdrowień dla mojego osobistego kolegi, ale to nie oceniam, być może też akurat mieli jakiegoś Piotrka, którego chcieli pozdrowić). Na końcu podpisali: Janina Daily. Przeklejenie cudzego tekstu w całości, nawet z oznaczeniem autora, jest naruszeniem prawa autorskiego. By się cudzymi tekstami dzielić na FB, trzeba zrobić dwie rzeczy: albo użyć przycisku “udostępnij”, albo… po prostu spytać autora o zgodę.

To mi się zdarza często – pytacie, czy możecie wykorzystać mojego teksty lub ich fragmenty do czytania w teatrze, jako nadruki na koszulce, by umieścić je w podpisie e-maila, i ja się praktycznie zawsze na to zgadzam, bo doceniam i cieszę się, gdy ktoś ma fajny pomysł na to, jak je wykorzystać. Niemniej nie lubię, gdy ktoś robi to bez mojej wiedzy i gdy robi to w niewłaściwy sposób; na przykład przeklejając tekst w całości lub zapominając o autorze. Takie sytuacje zdarzają mi się często i zawsze reaguję tak samo:

1. Piszę do osoby, która mój tekst zabrała z prośbą o jego usunięcie
2. Tekst zostaje usunięty.

Nie jest dla mnie istotne, czy tekst znika, bo ktoś zrozumiał, że w świecie sympatycznych i uczciwych ludzi tak się nie robi, czy znika z zupełnie innych pobudek. Najważniejsze dla mnie jest, że zostaje usunięty, a ja mogę zapomnieć o całej sprawie.

Dotychczas nigdy nie reagowałam pismem od prawnika. Nigdy też nie roztrząsałam tych spraw ani tutaj, ani na moim prywatnym profilu, nie nawoływałam do linczu (teraz też nie nawołuję!). Gdy proszę o skasowanie tekstu, a tekst znika, to temat uznaję za zamknięty.

Tym razem również tak zrobiłam: zobaczyłam swój tekst, który został użyty w niewłaściwy sposób, poprosiłam o skasowanie – zarówno w komentarzu pod tekstem, jak i w wiadomości prywatnej do administratorów. W odpowiedzi odpisano mi, że niestety, ale tego nie zrobią, bo to do nich należy decyzja, czy mój tekst zostanie usunięty, czy nie. To może ja powtórzę: do nich należy decyzja czy mój tekst, ten bezprawnie skopiowany, zostanie usunięty. I to był ten moment, kiedy trafił mnie szlag.

Dziś rzeczony fanpejdż otrzymał więc od mojego prawnika wezwanie do zapłaty za naruszenie praw autorskich i osobowych. Nie wnioskuję o wynagrodzenie dla siebie. Uznałam, że najlepiej będzie zaproponować ugodę, w ramach której w ramach zadośćuczynienia wpłacą 2000zł na wskazany przeze mnie cel charytatywny – na fundację, która zajmuję się sprawami, które są ważne i dla mnie, i dla nich -pomaganiem cudzoziemcom mieszkającym w Polsce.

Zrobiłam to, bo nie zgadzam się na coraz popularniejsze praktyki kopiowania cudzych tekstów, obrazków, grafik. Na traktowanie twórczości w internecie jako dobra wspólnego, z którego można dowolnie korzystać. Zrobiłam to również dlatego, że uważam, że nawet jeśli działanie owego fanpejdża wynikało z nieznajomości prawa, to nic nie usprawiedliwia odmowy skasowania tekstu, gdy prosi o to sam autor.

Tej sytuacji można było bardzo łatwo uniknąć: po pierwsze, gdyby owy fanpejdż użył przycisku “udostępnij”. ALBO gdyby spytał mnie o zgodę na takie, a nie inne użycie tekstu. ALBO gdyby skasował tekst w momencie, gdy o to poprosiłam.
Lubię myśleć, że jestem rozsądną osobą. Nie awanturuję się w restauracjach, nie biję z współpasażerami w samolotach, nie składam nieuzasadnionych skarg na kierowców autobusów. Tam, gdzie jest ku temu możliwość, staram się rozwiązać spór polubownie. Tutaj to się nie udało.

I jeszcze kilka odpowiedzi na pytania, które możecie mieć:

1. Celowo nie podaję nazwy tego fanpejdża. Nie zależy mi na tym, by rozpoczynać publiczną nagonkę czy lincz. Zależy mi na tym, by zaprzestali praktyk, które łamią prawa osobowe i autorskie. Jeśli wiecie o jaką sytuację chodzi, bardzo proszę o nie podawanie nazwy i nie pisanie obraźliwych komentarzy na rzeczonym fanpejdżu – pozostańmy pluszową stroną internetu, a resztę zostawmy prawnikom.

2. Zanim podjęłam takie działanie skonsultowałam się z odpowiednią kancelarią, specjalizującą się w tego typu sprawach, by upewnić się, że prawo rzeczywiście zostało złamane. Mam silne podstawy prawne do takiego działania. Podstawą są tutaj: artykuł 78 i 79 prawa autorskiego oraz 23 i 24 kodeksu cywilnego.

3. Rozumiem, że niektórym moja reakcja może się wydać nieuzasadniona i na wyrost, w końcu to “tylko” przeklejony tekst. Mnie też pierwszy incydent tego typu wydawał się niegroźny. Niemniej teraz takie sytuacje zdarzają się na tyle często, że czasem naprawdę brakuje mi już do tego cierpliwości. Zwłaszcza, gdy ktoś działa wbrew mojej woli o skasowaniu tekstu.

4. Moja komunikacja z administratorami fanpejdża była oczywiście bardziej skomplikowana i dłuższa niż to, co opisałam tutaj. Uważam, że zrobiłam wszystko, co się dało, by sprawę rozwiązać polubownie.

5. Liczę na to, że konsekwencją wystosowanego wezwania do zapłaty, nie będą prywatne lub publiczne kłótnie z administratorami fanpejdża. Słowem: że uda nam się dogadać. Jeśli uda nam się osiągnąć ugodę i uzyskać wpłatę na wyznaczony przeze mnie cel charytatywny, sprawę uznam za zakończoną.

I to wszystko, co chciałam Wam dzisiaj napisać – nie jestem wredna, nie jestem szalona, nie uwzięłam się na niewinny fanpejdż. Próbowałam rozwiązać sprawę polubownie, a gdy to się nie udało, sięgnęłam po inne środki, bo nie chciałam sprawy ignorować. Przepraszam za zakłócenia w nadawaniu z najmilszej strony internetu, a jutro zapraszam na kolejny, już na powrót pluszowy, punkt programu.