Przychodzi dziś do biura moja koleżanka i mówi, że spotkało ją na zajęciach coś bardzo dziwnego, to znaczy że jeden ze studentów postanowił zostać po lekcji tylko po to, by powiedzieć jej, że bardzo mu się podoba jej nowa fryzura, a ja jej na to mówię, że moi studenci zapytani ostatnio, co sądzą o rozszerzeniu Unii Europejskiej w 2004 roku poinformowali mnie, że “Poland’s EU accession was the best thing that ever happened to Ireland, as it resulted in a high inflow of good-looking people”, a wtedy mój kolega z biurka obok mówi, że on właśnie odpisuje na maila, w którym studentka pyta go gdzie kupił taki piękny, miękki sweter, który miał na sobie na ostatnich zajęciach i w którym – tak przy okazji – wyglądał bardzo dobrze? Tak, nie było żadnych wątpliwości. Wszystko wskazywało na to, że koniec semestru jest już blisko.

W moim wypadku ten pierwszy semestr był pełen rozczarowań, albowiem ze smutkiem odkryłam, że moi tegoroczni studenci posiadają gruntowne braki edukacyjne i że są to braki w wiedzy zupełnie elementarnej. Na przykład bardzo mnie martwi fakt, że moi studenci myślą, że osoba która uczy ich statystyki nie potrafi liczyć, w związku z czym jak mam 8 osób w sali i 15 na liście obecności, to nie zauważę różnicy. Nie pomogły tłumaczenia, że wpisywanie na listę działa tylko w grupach większych niż 20 osób, że należy zmienić długopis, że zmodyfikować charakter pisma – chociaż na tym moim wykładzie notowali jak szaleni, to już dnia następnego moja koleżanka poinformowała mnie, że nauczyłam ich źle, bo mimo iż na jej zajęciach zmienili długopis i charakter pisma, to tym razem na jej liście pojawiło się czterech studentów płci męskiej, mimo iż w sali siedziało – no z której strony by nie patrzeć – 20 niewiast niezwykłej urody.

Studentki zapytane o tę sytuację odpowiedziały jej zaś, że oto znajdują się na zajęciach z dżender, więc być może owa koleżanka wyciąga wnioski na temat ich płci zbyt pochopnie i że jako człowiek, który owy przedmiot wykłada powinna być świadoma tego, że płeć biologiczna nie zawsze idzie w parze z tą społeczną. Właściwie nie wiem dlaczego tak bardzo się zdenerwowała, jakby nie było czegoś się nauczyli. Ja jakbym tak napotkała jakiegoś studenta, który się czegoś na moich zajęciach nauczył, to bym płakała ze szczęścia trzy dni. Wciąż ze wzruszeniem wspominam ten incydent z marca 2013 roku, kiedy to spytałam moich studentów jaka jest różnica między zmienną nominalną a porządkową, a oni znali poprawną odpowiedź. Do dziś nie wiadomo, które z nas było bardziej zszokowane tą sytuacją.

what_just_happened
Oczywiście na mojej pedagogicznej drodze pełno jest punktów jasnych, napełniających moje serce rozkoszą, a myśli spokojem. Na przykład w zeszłym tygodniu miałam takiego studenta, który codziennie chodził na dokładnie te same moje zajęcia. W poniedziałek przyszedł, we wtorek przyszedł i w środę też przyszedł. Nie wiedziałam o co chodzi, ale podejrzewałam że opcje są dwie:
A. Student owy się we mnie skrycie kocha i chodzi na wszystkie moje zajęcia by sobie popatrzeć na to, jaka jestem ładna
B. Pedagog ze mnie marnej jakości (mimo iż ładny) i student owy musi chodzić trzy razy na te same zajęcia, żeby cokolwiek zrozumieć.

(Opcję B przytaczam tylko z przyzwoitości. Wiadomo, że od razu zaczęłam się ekscytować tym, że jakiś student kocha mnie nad życie, zdjęcie moje nosi w portfelu i chce mieć ze mną dzieci, dwa psy i szynszylę).

W środę nie wytrzymałam i kazałam owemu studentowi zostać po zajęciach. Zasugerować chciałam inne sposoby na okazywanie miłości, przykład pierwszy z brzegu – upleść mógłby wielki wianek ze stokrotek, a następnie zakraść się do mojego biura potajemnie w nocy i ułożyć go w kształcie serca na moim biurku tak by była to pierwsza rzecz, którą zobaczę rano po przyjściu do pracy. No i czekoladki położyć obok, bo wiadomo, czekoladki zawsze na propsie. Zawołałam studenta do siebie z pełną świadomością tego, jak trudna jest to sytuacja. Gdy stanął przede mną, objęło mnie wzruszenie nad tym uczuciem zupełnie zakazanym przez bezduszność uniwersyteckich regulaminów, ślepych na prawomocne wyroki serca. Myślałam o tym wszystkim, co nas dzieli – wieku, pozycji, umiejętności tworzenia zdań złożonych – i mogłabym przysiąść, że w tle słyszałam jak gra tytułowa piosenka z Titanica. No, a potem student wyjaśnił mi, że chodzi ciągle na moje zajęcia, bo codziennie o 17 odjeżdża mu autobus do domu i woli czekać na owy autobus w sali niż na dworze, bo na dworze zimno, a na korytarzach śmierdzi frytkami.

Oczywiście moglibyście sobie pomyśleć, że zrobiło mi się przykro. Ale nie, nie mam wcale żalu do tego studenta. Wszak marzeniem każdego nauczyciela jest choć raz w swojej karierze usłyszeć, że studenci lubią jego zajęcia, bo nie śmierdzi na nich jedzeniem.