Bez bliskiej obecności mojego męża jestem bezbronna jak kiwi bez skórki. Odkryłam to podczas tych dni, gdy byliśmy osobno, kiedy to pozbawiona tych wszystkich komend, które tak bardzo mnie zawsze denerwują, że Janina, uważaj! Powoli! Ostrożnie! Drzwi! Poczekaj!, ja co rusz się gubiłam, spadałam z chodnika, zapominałam wysiąść z tramwaju i wpadłam w szklane drzwi jak pijany wróbel. Po pełnej akceptacji faktu, że w świecie gier i rozrywek rodzinnych mój mąż byłby najdoskonalej poukładanym pasjansem, ja zaś – rozsypanymi bierkami, z czego połowa wpadła pod kanapę, a wszystkie żółte zjadł pies, pomyślałam sobie, że to całkiem pluszowe uczucie, że jest taki ktoś, kto pilnuje, by nie stała ci się krzywda. A ostatnio sprawdzano mi również, czy wewnątrz Janiny też jestem pilnie strzeżona i jestem, mój boże, ja jestem takim człowiekiem szczęśliwie opatulonym w liczne warstwy życiowej folii bąbelkowej, na zewnątrz pilnuje mnie Wojtek, a wewnątrz – moje własne kulki we krwi.

To o mnie.

No, ja wiem, mnie wielokrotnie próbowano wyjaśnić jak działa układ odpornościowy, ale to nie moja wina, że ja totalnie wyobrażam to sobie tak, że my we krwi mamy takie małe kulki i te małe kulki mają małe łapki, a na tych małych łapkach mają takie małe rękawice bokserskie, i potem jak przychodzi jakaś bakteria i dzwoni do drzwi, że „ding dong, przyszliśmy panią rozchorować”, to ta kulka tak biegnie, ona biegnie jak szalona, i rzuca się na nieproszonego gościa, i ciaaaaaaach, jak się nie zamachnie! Oto bakteria już leży na ziemi i błaga o litość, ale ta kulka to w ogóle nie ma litości, ona niby jest niewielka, ale bije jak szatan. No, tak to sobie właśnie wyobrażam. Ja, człowiek nauki.

I słuchajcie, okazuje się, że istnieją ludzie, którzy posiadają bardzo mało własnych walecznych kulek i to jest smutna wiadomość, ale dobra wiadomość jest taka, że te waleczne kulki to są przyjazne jak labradory i czasem chętnie pomagają nie swoim człowiekom. A piszę o tym dlatego, że ostatnio przeczytałam na stronie Fundacji DKMS, że obecnie w ich bazie potencjalnych dawców szpiku jest zarejestrowanych…

trzymajcie się krzeseł

…nieco ponad milion osób. To 3% wszystkich ludzi mieszkających w naszym kraju, 3%!!!!! To zdecydowanie za mało walecznych kulek, które mogą komuś uratować życie, więc jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to chciałam Was dzisiaj pozachęcać, byście zarejestrowali się jako potencjalni dawcy komórek macierzystych. Zwłaszcza, że to jest takie proste, stworzone w sam raz dla ludzi przewlekle leniwych, takich jak my. Obczajcie to:

1. Wchodzicie na stronę https://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca. I ja wiem, że napisałam „wchodzicie”, ale proszę nie panikować i nie dzwonić na policję, że halo? proszę przyjechać, bo mnie tu szykanują!!! Tak naprawdę by się zarejestrować w ogóle nie będziecie musieli wstawać z kanapy.
2. Przychodzi do Was list. No, LIST. Taki prawdziwy, pisany, więc to jest w sumie najtrudniejszy moment tego całego procesu, bo tutaj będziecie musieli sobie przypomnieć, gdzie tak właściwie macie skrzynkę na listy.
3. Postępujecie według instrukcji zawartej w liście: wypełniacie formularz i miziacie się taką specjalną pałeczką po wewnętrznej stronie policzka, co jest bardzo miłe, więc jak komuś brakuje w życiu czułości, to będzie zadowolony.
4. Całość wrzucacie do skrzynki na listy
5. Czekacie.

Proste, nie? No to rachu ciachu, do dzieła. To jest mój najprostszy warsztat z wszystkich dotychczasowych, a przy tym najważniejszy. Wymaga znacznie mniej wysiłku niż plecenie koszyka z kabanosów. Taki warsztat DIY: podaruj komuś waleczne kulki. Ewentualnie warsztat DIY: uratuj komuś życie.