Jeśli wydaje się Wam, że macie dziś zły dzień, to ja natychmiast informuję, że ja z pewnością mam gorszy, albowiem byłam rano na pobieraniu krwi i to oznacza, że nie wolno mi było nic jeść od przebudzenia aż do samej wizyty, i to było absolutnie najgorsze piętnaście minut mojego życia. Ja generalnie lubię chodzić do irlandzkich lekarzy, bo tam wszyscy są tacy mili, że ja się natychmiast czuję, jakbym miała milion przyjaciół i była najważniejszym człowiekiem na ziemi, i na przykład dzisiaj pani pielęgniarka to chwaliła mnie jak oszalała, cały czas mi mówiła, że jestem good girl. Proszę usiąść. Siadam. Good girl! Proszę podać rączkę. Podaję. Good girl! Proszę nie patrzeć. Nie patrzę. Good girl! I muszę Wam powiedzieć, że to działa, jak ja milion razy usłyszałam, że jestem good girl, to pod koniec już totalnie czułam się jak najgrzeczniejszy yorkshire terrier w całej okolicy.

13923862_1811195025782989_8892736837570074404_o

To ja dziś u lekarza

No a później poszłam do roboty, co zajęło mi strasznie dużo czasu, bo utknęłam w korku, tak właśnie napisałam swojemu szefowi – że utknęłam w korku i to właściwie była prawda, z tym że był to akurat korek turystów.

Ja generalnie jestem przyzwyczajona do turystów na moim uniwersytecie, zawsze obserwuję ich z ciekawością, bo kiedyś na przykład widziałam taką parę, co to pan turysta uporczywie obracał się wokół własnej osi, a wokół niego nerwowo biegała pani turystka z aparatem w ręku i ja najpierw myślałam, że bawią się w układ słoneczny, a potem zrozumiałam, że kręcą snapchata. A jak mnie czasem mili ludzie o coś pytają, na przykład co to jest za rzeźba, co to oni na nią wskazują palcem, a ja przechodzę obok niej osiem razy dziennie od czterech lat i przysięgam, że nigdy wcześniej jej na oczy nie widziałam, to ja generalnie zawsze mam im coś do powiedzenia, bo ja o historii wiem wszystko: wiem, że była pierwsza wojna światowa, wiem że potem była druga wojna światowa i wiem też dużo o irlandzkiej niepodległości, którą to Irlandczycy odzyskali co prawda w 1921 roku, ale nie cieszyli się nią długo, bo tylko do 2004 roku, kiedy to Polska wstąpiła do Unii Europejskiej.

Tym razem mili turyści, których mijałam, to zainteresowali mnie z dwóch powodów, to znaczy po pierwsze dlatego, że towarzyszył im miły szelest naszego ojczystego języka, a po drugie dlatego, że akurat bardzo głośno zastanawiali się, czy ten budynek koło którego stoją, to czy on jest historyczny, czy stary i jak bardzo stary, no bardzo głośno się nad tym zastanawiali, po czym trzaskali sobie zdjęcia na tle stołówki uniwersyteckiej wybudowanej w 2010 roku.

No ale dobrze, ja ich chcę wyminąć, więc mówię, że przepraszam, po polsku mówię, a powszechnie wiadomo, że jak Polak spotka Polaka za granicą, to już euforia, miłość na całe życie, szybka wymiana numerów telefonu wraz z bransoletkami przyjaźni plecionych z muliny, zaproszenie na Wigilię i trzymanie dziecka do chrztu, więc ja mówię, że przepraszam, a oni mi na to odpowiadają to, co każdy odpowiada przypadkowemu człowiekowi w takiej sytuacji, to jest, że to jest Mariola, to jest Kazimierz, dla przyjaciół Kazek, i oni tu przyszli, a właściwie przyjechali autobusem linii 32, bo im tripadwajzor kazał, ale ten kampus to w ogóle nie jest taki spoko jak w przewodniku, straszna nuda, szalenie to wszystko rozczarowujące, a ja wtedy sobie myślę, że jeśli naprawdę chcą się czymś rozczarować na tym uniwersytecie, to polecam tutejszy poziom nauczania, ale nic nie mówię na głos, bo ostatnio przeprowadzam taki eksperyment, taki zakład mam ze swoim szefem i sprawdzamy, kto ma rację, i ten zakład polega na tym, że mój szef twierdzi, że jak czasem powstrzymam się od komentarza, to nie umrę, a ja twierdzę, że umrę.

No ale wróćmy do moich najlepszych przyjaciół, Marioli i Kazka, bo generalnie to oni mi opowiadają, że oni tu przyjechali na tydzień, a teraz jest dopiero dzień trzeci, a już wyczerpali cały limit swojego rozczarowania – na Moherowych Klifach byli, no i niby fajnie, ileśtam metrów nad poziomem morza, ale tam to głównie trawa była, sama trawa, a to wiadomo, że trawą nie ma się co jarać, teraz to człowiek w każdym ogrodniczym sobie trawę może kupić, posiać w doniczce, a potem skoczyć do sąsiada z ósmego piętra i jak ten mu pozwoli trochę u siebie na balkonie posiedzieć, to też będzie i trawa, i wysokość, a w sumie to lepiej niż na klifach, bo ubikacja za darmo. No a potem byli na zamku i ten zamek to niby spoko, ale w ogóle nie wyglądał jak w filmach, taki w ogóle nie był zniszczony, że gdyby go nie podpisali na tabliczce, to by człowiek nawet nie skumał, że to jakiś zabytek, a jeszcze na dodatek, to oni w tym kraju po złej stronie drogi jeżdżą i to się w ogóle nie idzie przyzwyczaić, Mariola to już trzy razy prawie pod samochód wpadła, no i generalnie to jeszcze wczoraj przez chwilę była jakaś nadzieja, bo na Temple Bar zaszli i tam była taka kolejka, ale taka kolejka, że oni to od razu pomyśleli, że to musi być kolejka do jakiejś oszałamiającej atrakcji, więc stanęli i czekali, i całkiem długo stali, z kilkanaście minut, i dopiero po jakimś czasie okazało się, że to była kolejka do kibla.

No i ja tak słucham swojego najlepszego przyjaciela Kazka, i z jednej strony to myślę sobie, że mój boże, ile rozczarowań, człowiekowi-Polakowi to jednak zawsze życie rzuca wiatr pod nogi i kłody w oczy, a z drugiej strony to myślę sobie, że co ja tam wiem, może on ma trochę racji;

może on na co dzień mieszka na Zamku Królewskim, wynajął tam sobie salę tronową, bo okazja była, że nie dość, że niski czynsz to jeszcze media w cenie i nie trzeba segregować śmieci, no i jak on sobie tam teraz na zamku mieszka i codziennie rano kręci jajecznicę z “Rejtanem” Matejki, to nic dziwnego, że pozostaje niewzruszony na irlandzkie zabytki. Albo może w drewnianej chacie na Kasprowym mieszka, widok z kuchni to ma na kozice górskie bawiące się z góralami na tle zachodzącego słońca, a po otwarciu okien uszy mu pieści czuły szept zakopiańskich traw, przerywany śpiewem górskiego strumyka w tonacji C-dur, no i jak mu tam na co dzień perć z ręki je, to też nie ma co się dziwić, że klify i irlandzki folklor, to tak raczej bez szału. No otóż właśnie, moi drodzy, wszystko jest kwestią punktu odniesienia! Tak właśnie sobie rozmyślam, w końcu zdecydowałam się spytać.

– A państwo – pytam uprzejmie – to skąd pochodzą?

A Kazek na to z dumą:

– Z Dąbrowy Górniczej.