Przychodzi do mnie mój szef i mówi, że chciałby ze mną porozmawiać, a ja mówię, że dobra i że mam pomysł na następujące tematy konwersacji:

1. Heidegger i jego definicja egzystencji nieautentycznej – geniusz czy Paulo Coelho wśród filozofów?
2. Rola węglowodanów w rozwoju emocjonalnym kobiety, czyli jak przytula czekolada

I oczywiście klasyk, mój ulubiony:

3. Partykuła “nie” w słowie “bieganie”. Przypadek? Nie sądzę.

giphy-3

A on mówi, że to wszystko bardzo ciekawe i jeszcze, że ostatnio coraz częściej się zastanawia się nad wyrywkowymi testami narkotykowymi wśród kadry, ale że generalnie to on już ma temat w głowie i czy pamiętam, jak on jakiś czas temu przyszedł do mnie i spytał, czy nie poprowadzę paru jego wykładów? A ja mówię, że pamiętam, pamiętam też, że obiecał mi wtedy, że przemyśli powrót kanapek z krewetkami na nasze czwartkowe seminaria, a teraz mija już (tu zaglądam we własne notatki) 36 dni od tego wydarzenia, a ja wciąż żadnej krewetki na oczy nie widziałam, a on mówi, że on tu nie przyszedł rozmawiać o krewetkach, tylko o wykładach, a ja mówię, że no dobrze, w kwestii tych wykładów, no to one rzeczywiście miały miejsce, a czy wie, co na przykład nigdy nie miało miejsca?, na przykład kanapki z krewetkami na czwartkowych seminariach nigdy nie miały miejsca. I jeszcze mówię, przezornie, że pamiętam też, że powiedziałam mu wtedy, że ja poprowadzę te zajęcia, ale żeby potem nie przychodził do mnie ze skargą, a on mówi, że tak, dokładnie, on właśnie w tej sprawie, przychodzi ze skargą. I pokazuje mi jedno ze swoich kolokwiów, a tam student pisze tak:

“P-wartość jest jak dziwny chłopiec, którego nikt nie lubi, ale i tak trzeba zaprosić go na urodziny, no bo mama każe”

I jeszcze, żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości, skąd to wziął, dał przypis: Janina, 2016.

A ja mówię, że faktycznie, to zupełnie niepoważne, choć – tak po prawdzie – całkiem prawdziwe, ale ja to tak mówię z czystej grzeczności, bo tak naprawdę, to w środku, w Janinie, już się odbywa prawdziwa impreza, no bo jakby nie było, to jest już trzeci raz w tym roku, kiedy ktoś nauczył się czegoś na moich zajęciach (!!!!). A on mówi, że no dobra, zabawne, ale czemu akurat musiałam użyć przykładu dziwnego dziecka, a ja mówię, że to był taki przykład, który ukazać miał okrucieństwo dziecięcego świata, bo dzieci to nie za bardzo lubią dziwnych ludzi, właściwie to dzieci są szalenie brutalne, bestie takie, jak tylko ktoś jest dziwny, rudy albo krzywy, to nie ma łatwego życia, mnie to do dziś się śni podstawówka i ta pogarda, tak jest – pogarda tłumu, kiedy nie umiałam przeskoczyć przez kozła, a poza tym to co to jest w ogóle za absurdalny pomysł, żeby kazać dzieciom skakać przez kozła, wuef w szkole to jest jakiś festiwal upokorzeń, a przecież w tym samym czasie można by robić szereg innych, szalenie istotnych rzeczy, na przykład: leżeć, jeść, lub kochać tak, jak jeszcze nigdy nikt.

A on mówi, że Janina, na litość boską, czy mogłabym kiedyś spróbować zaznajomić się z konceptem krótkich zdań, a ja mówię, że szczerze mówiąc, to znacznie chętniej niż zdań pojedynczych, to spróbowałabym tych kanapek z krewetkami, co mi je obiecał 36 dni temu, bo ja wiele rozumiem, no ale bądźmy poważni, to jednak było 36 dni temu. Westchnął. Przez chwilę nic nie mówił. Westchnął jeszcze raz. Wymyślił:

– Janina, Ty jesteś jak ta p-wartość. Dziwna.

I poszedł.

Powiem Wam, że chwilę mi zajęło wymyślenie riposty, ale jak już ją wymyśliłam, to zrozumiałam, że oto jest mój moment chwały, wszystkie talent szoły Brawurowych Reakcji stoją przede mną otworem, moja habilitacja na Uniwersytecie Ciętych Ripost zdobywa się sama. Dzwonię. Dzwonię do swojego szefa, bo przecież nie będę za nim biegać, a przynajmniej nie na darmo, a nie mam czasu czekać, aż mi się endomondo włączy. Dzwonię, odbiera. I oto jest ta chwila mojego sukcesu, ripostuję mu jego wzmiankę o p-wartości, ale trzymajcie się krzeseł, bo to jest takie zabawne, że będziecie rechotać jak żaby na seansie “Akademii policyjnej”. Więc słuchajcie tego, ja mu mówię, że jeśli jestem p-wartością, ha ha, to taką mniejszą od 0.05, ha ha, w sensie – szalenie istotną, ohohohohohohoho! A on mnie na to pyta:

– Co?

A ja mu tłumaczę, że to jest właśnie moja riposta na jego wzmiankę, że jestem dziwna jak p-wartość, ja dzwonię ze swoim brawurowym rewanżem, że owszem, jestem p-wartością, ale taką niższą od konwencjalnego poziomu istotności, czaicie, w sensie, że jestem szalenie istotna, HA HA, niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu!!!!!! No, i ja tak mu właśnie opowiadam, a on mi na to mówi:

– Janina, ale ja Ci to powiedziałem trzy dni temu.

No dobrze, jak tak sobie teraz o tym myślę, to może być tak, że jednak nie jestem p-wartością. Jestem za to takim Internet Explorerem ciętych ripost – działam z lekkim opóźnieniem.