Mam taką koleżankę, która jest tak perfekcyjną panią domu, że gdy ostatnio Małgorzata Rozenek zobaczyła, jak pięknie składa skarpetki w łabędzie, to płakała przez trzy dni. Kobieta-rakieta, prawą ręką uczy swoje dziecko całkować, lewą pisze projekty obywatelskie, a stopą zwija naleśniki, no i jeszcze – ponieważ życie mnie nienawidzi – to zawsze wygląda jak milion dolarów i pięćdziesiąt groszy. Jak odwiedziłam ją ostatnio, to właśnie była zajęta doprawianiem zupy, smażeniem racuchów i jeszcze byciem w szóstym miesiącu ciąży i wyglądaniem jak gwiazda, no bo dlaczego nie, a to wszystko przy akompaniamencie wczepionego w spodnie syna, bo podobno jest to stały element ubioru matek dzieci do lat trzech. No i ona miesza tę zupę, smaży te racuchy, jest w tej ciąży i wygląda doskonale, i opowiada mi, że zdobyła ostatnio pieniądze na plac zabaw dla sąsiadów, i że generalnie, to w ciąży ma się spoko, całkiem dobrze się czuje, tylko czasem brzuch jej trochę przeszkadza w obowiązkach, w czym dokładnie przeszkadza? No na przykład – mówi – W WAŁKOWANIU CIASTA NA MAKARON.

tumblr_mvrc2hhlLX1sk36x3o1_500

No, są takie kobiety. I jestem też ja. Ciasta na makaron to chyba nigdy w życiu nie rozwałkowywałam, ale za to jak mi się w zeszłą środę kostka czekolady wprasowała w dres, to tak już mi zostało. Męża z reguły żywię nagetsami z makdonalda, ale to tylko dlatego, że czizy już dawno mu się znudziły, a sąsiadom placu zabaw też nie załatwiam, no bo za moich czasów to człowiek robił sobie lalkę z patyka i garści kurzu, i jakoś nie narzekał, ewentualnie budował zamki ze znalezionego na chodniku tłuczonego szkła, żadne tam współczesne zjeżdżalnie, huśtawki, fiu bździu i od razu dramat, gdy w piaskownicy zapodzieje się kawałek kolczastego drutu. Generalnie to może być tak, że jedyne co mamy wspólnego z koleżanką to to, że obie mogłybyśmy stanąć w tesco w kolejce dla kobiet w ciąży, z tym, że z dwóch różnych powodów, to jest jej powód nazywa się Nikodem, a mój – oreo z podwójnym nadzieniem w białej czekoladzie. Chociaż to się akurat całkiem dobrze składa, bo ja się trochę boję być matką, bo nie mam żadnych wątpliwości, że jak kiedyś będziemy mieć z Wojtkiem dzieci, to w pewnym momencie zabierze nam je sanepid.

Przychodzi sobota, mnóstwo czasu, wszystkie okna na dzielni umyte, psy wykąpane, stada żon przeprasowują właśnie schabowe żelazkiem z dwóch stron, by były cienkie jak pergamin i pod mężowskim językiem układały się miękko jak opłatek. Ja zaś leżę. Leżę i myślę nad rozwiązaniem tej trudnej sytuacji, kiedy to znowu chciałam zostać idealną żoną, ale potem przypomniałam sobie, że lubię leżeć i nie lubię sprzątać. Oczywiście, że leżę. Historia jeszcze nie zna takich przypadków, żeby ktoś dokonał jakiegoś przełomowego odkrycia podczas wysiłku fizycznego. Taki Newton na przykład odkrył grawitacje LEŻĄC pod drzewem, a z tego co wiem, to Beethoven też napisał VIII symfonię siedząc przed fortepianem, a nie w trakcie zajęć crossfitu. Siłą rzeczy, zachęcona sukcesami poprzedników – ja też leżę.

CAT-GIF-Lazy-Cat-has-decided-he-wants-to-be-a-clock-mop-LOL

To trochę o mnie.

Leżę i myślę, trochę nostalgicznie, bo dzień wcześniej siedziałam sobie z moimi studentami przed zajęciami i rozmawialiśmy o najróżniejszych bardzo ważnych rzeczach, typu egzaminy, burrito i dlaczego Kate Middleton jest taka ładna, a jeszcze przez chwilę też o tym, dlaczego przyjechałam do Irlandii te pięć lat temu, to znaczy – dlaczego z wszystkich krajów akurat tu. I ja im opowiadałam – zupełnie zgodnie z prawdą – że było w tym bardzo dużo przypadku i był ku temu tylko jeden powód, który nazywa się Wojtek i wtedy jeszcze nie był, ale teraz jest już moim mężem, tak im opowiadałam i przy okazji myślałam sobie o tym moim mężu, dokładnie tym, który jeszcze niedawno leżał nieruchomo na środku naszego salonu, bo chwilę wcześniej padł na ziemię jak kłoda, twierdząc że ma napad nagłego niedowładu obu nóg, który uniemożliwia mu zmywanie, co oczywiście było planem ze wszech miar doskonałym, przynajmniej dopóki Wojtek nie przypomniał sobie, że w lodówce ostał mu się jeszcze jakiś browar, skutkiem musiał zacząć do tej lodówki pełzać.

Więc myślałam sobie o tym moim mężu i pełna byłam uznania dla jego konsekwencji, bo wielu mogłoby uznać, że znacznie łatwiej by mu było po prostu w końcu pozmywać niż do końca życia udawać niedowład nóg i pełzać w różne miejsca, no ale to nie mój mąż, człowiek-determinacja, zwłaszcza jeśli chodzi o unikanie zmywania. No, myślałam sobie o tym moim pełzającym mężu, co mnie tu przywiódł te kilka lat temu, i myślałam sobie o tym, że to przecież była doskonała decyzja, a taki mąż to skarb. Znaczy zmywać to może nie zmywa, ale za to podłogę poleruje własnym ciałem.

O wilku mowa, przychodzi Wojtek. Wojtek przychodzi, bo już odzyskał władze w nogach, ale zmywać wciąż nie może, bo nagle przytrafił mu się niedowład obu rąk, tak powiedział, a w mojej głowie następny w kolejności był niedowład małżeństwa. Ale to za chwilę, bo teraz mąż mój przyszedł przedyskutować sprawy absolutnie najważniejsze, musimy kupić pościel – oświadcza stanowczo Wojtek – musimy jechać do IKEI!

DO IKEI!!!!!!!

adventure-gif

IKEA, klopsiki, testowanie łóżek, wszystko układa się w jedną rozkoszną całość w mojej wyobraźni, niemniej ostatnimi resztkami przyzwoitości mówię Wojtkowi, że po co nam pościel, mamy przecież mnóstwo pościeli, choćby i nas zaraz napadli Anglicy i kazali złożyć daninę z pięciu kompletów pościeli pod groźbą śmierci, to bylibyśmy bezpieczni, więc jak chce jechać poprzytulać poduszki w IKEI to spoko, ale pościeli to nam akurat dostatek.

– No wiem, że mamy pościel – tłumaczy mi na to Wojtek – ale wszystkie komplety są brudne.

Mhm. Coś mi świta, że jest jakieś alternatywne rozwiązanie tego problemu, ale chwilowo nie potrafię sobie przypomnieć jakie. Poleżymy z Wojtkiem, pomyślimy. Może coś nam wpadnie do głowy.