Izolacja mierzona w guziczkogodzinach

Osobiście długość izolacji mierzę w guziczkogodzinach, to jest w liczbie guziczków w przedpandemicznych dżinsach, które już się nie chcą zapinać, najpewniej w uznaniu moich zasług w jedzeniu sernika i robieniu 8 kroków dziennie. Stan guziczkogodzin na chwilę obecną: trzy. No i umówmy się, było tylko jedne słuszne rozwiązanie tego problemu, to jest – postanowiłam przerzucić się na spodnie z gumką. Niemniej w oczekiwaniu na przesyłkę wymyśliłam sobie, że spróbuję jeszcze ostatni raz oszukać guziczkowe przeznaczenie i PÓJDĘ POBIEGAĆ.

No to idę do męża. Idę, bo samej to bym przecież wymyśliła sto trzydzieści dwie wymówki na to, żeby zostać w domu, i to najpewniej wszystkie już w okolicy wycieraczki. Wchodzę do jaskini męża i zanim jeszcze zdążę coś powiedzieć, to on mnie uprzedza i mówi – głosem zbolałym, zrezygnowanym, smutek, marazm, dziura w sercu. Mówi:

– Portki mi się spaliły.

A ja mówię, że co, a on mówi, że portki w grze mu się spaliły, a ja dopytuję, że co mu się spaliło, a on powtarza, że PORTKI, a ja go pytam, że gdzie on grał w tę grę, w latach 50-tych? A potem jeszcze pytam, czy te spo-dnie, które mu się spaliły, to były przypadkiem sportowe, a on mówi, że nie, a ja mówię, że to się doskonale składa, bo idziemy biegać.

A on mi na to mówi, że nie może iść biegać, bo nie ma odpowiedniego sprzętu ku tej formie wysiłku fizycznego, a ja pytam, że w sensie jakiego sprzętu on nie ma, nóg? A on mówi, że no akurat nogi to ma, ale całej reszty potrzebnych rzeczy nie ma, więc ja wymieniam: buty sportowe? Ma. Spodenki? Ma. Koszulka? Ma.

– No to – mówię pewna swego – niby czego niezbędnego do biegania nie ma?

A on na to mówi – triumfalnie, z krótką dramatyczną przerwą na początku, oto człowiek-szachmat:

– Opaski na czoło jak Jane Fonda.

Jednak zmusiłam Wojtka do wspólnego biegania. Bez opaski, JAK ZWIERZĘ. Nie był jakiś wybitnie szczęśliwy, bo powiedział, że on się już strasznie nabiegał wczoraj, a ja spytałam, że gdzie on się niby nabiegał, a on powiedział, że w grze. Ale poszliśmy. Pobiegliśmy raczej. Przez przypadek piękne kółko zatoczyliśmy, co w sumie oznacza, że biegliśmy, biegliśmy i do żadnego konkretnego celu nie dobiegliśmy, ale to zupełnie jak w moim życiu, więc spoko. Niemniej w drodze powrotnej zgubiłam mojego męża, nie było go przede mną, nie było go za mną, a trudno – pomyślałam sobie – może inną trasę wybrał, a może jednak postanowił zrealizować to wyzwanie, kiedy to powiedziałam mu, że dam mu 2 złote, jak wejdzie w pokrzywy.

Dobiegłam do domu. O jezu, jak się zmęczyłam. Do środka to ja się wczołgałam jak aksolotl na kamień, a ku mojemu zdziwieniu mój mąż już tam był i ja go pytam, jak to się wydarzyło, a on mówi, że a, akurat szczęście miał, bo nie musiał zbyt długo czekać na tramwaj, obczajcie to, TYP WRÓCIŁ TRAMWAJEM.

Ale to nie że ja chciałem oszukiwać – wyjaśnił mi prędkopo prostu loda po drodze kupiłem i źle mi się z nim biegło”.

***
Słuchajcie, jeśli tęsknicie za aksamitem mojego głosu, to jutro (poniedziałek)
o 9:15 możemy się spotkać w Dzień Dobry TVN, gdzie porozmawiamy sobie o tym,
dlaczego ufamy szarlatanom i teoriom spiskowym, jak odróżnić fakt od opinii
i dowody anegdotyczne od prawdy naukowej. Słowem - jak nie dać się oszukać
fałszywym autorytetom i ich bzdurnym teoriom. O 5G, szczepionkach, leczeniu raka
witaminą C i koronawirusie, który uciekł z laboratorium.