Olimpiada słowa pisanego, czyli czemu koty kochają Dostojewskiego?

Wpis powstał we współpracy z marką inkBOOK

Gdy byłam mała, często marzyłam o tym, by zostać królową ludzkich serc, choć nigdy do końca nie potrafiłam się zdecydować, czy chcę zarządzać cudzymi emocjami poprzez bycie Lady Dianą, czy raczej Britney Spears. Oczywiście dopiero, gdy dorosłam, to przyszło mi dowiedzieć się, że pozyskanie najcenniejszego kruszca wszelkich relacji międzyludzkich, czyli miłości i bezkresnego oddania, jest znacznie bardziej skomplikowane niż zostanie księżną (Anglii lub pop), a mianowicie – należy zostać majonezem.

Nie no, poważnie, widzieliście kiedyś dyskusję w internecie o wyższości jednego gatunku majonezu nad drugim? Przecież to jak oglądać debatę dotyczącą najważniejszych decyzji rządowego szczebla, tam padają tylko argumenty najcięższej wagi, riposty ostre jak krawędź brzytwy, tam po każdej dykusji trzeba liczyć rannych i zabitych. Jasne, zawsze znajdzie się jakiś chojrak, który dyskusję o tym, który majonez jest najlepszy, przeżyje bez uszczerbku na zdrowiu. Ale nie ma strachu, jak jeszcze będzie mu za mało adrenaliny w życiu, to wciąż ma dwa wyjścia:

Wersja #1 dla adrenoholików, władców emocji i pogromców niebezpieczeństw: można udać się na moje zajęcia, usiąść w pierwszym rzędzie, a następnie spytać, czy to prawda, że he he, jak człowiek pójdzie na spacer ze swoim psem, to statystycznie mają po trzy nogi?

Wersja #2 Wersja dla ludzi, co mocne wrażenia lubią, ale statystykę też na tyle, by jej nie hańbić zdaniem o psach i trzech nogach: można wziąć w dyskusji o wyższości czytników e-booków nad książką papierową, ewentualnie odwrotnie. No w każdym razie tej dyskusji, gdzie jedni drą koty, bo uważają, że lepszy jest e-book, drudzy dostają palpitacji, bo przecież wiadomo, że książka papierowa, a tak naprawdę to nikt niczego nie czyta, no bo nie ma czasu, no bo wszyscy są zajęci trzaskaniem komentarzy w internecie.

Mój boże, a wystarczyło rozwiązać tę sytuację tak, jak wszelkie inne sytuacje problemowe w życiu, to jest przeprowadzić rzetelną analizę SWOT, a następnie wznioski zebrać w tabeli przestawnej i opisać je za pomocą wystandaryzowanego systemu punktowego.

Niemniej jeśli nie możecie akurat tego zrobić, albowiem macie już wybrane gry i zabawy na najbliższą Wigilię i kolejna wyborna rozrywka już Wam się nie zmieści w grafiku, to nie ma problemu, od tego macie mnie. Postanowiłam przeanalizować wyższość jednej opcji nad drugą w trzech kluczowych kategoriach, albowiem tak się złożyło, że posiadam w chałupie papierową książkę i czytnik też posiadam, dokładniej rzecz ujmując to polski czytnik InkBook.

By dobrze zobrazować wielkość czytnika InkBOOK, zestawiłam go zarówno z książką tradycyjną, jak i z pluszowym ziemniakiem.

Kategoria 1: Przebranie na sylwestra

Do sylwestrowego balu przebierańców został ledwie tydzień, a Ty nie masz pomysłu na przebranie, bo swój zeszłoroczny strój tarki do sera pożyczyłeś sąsiadowi do straszenia wróbli? Co w tak dramatycznej sytuacji będzie łatwiejsze – przebranie za książkę tradycyjną czy za czytnik? Właściwie by przebrać się za czytnik e-booków to musicie się jedynie cofnąć w czasie, do lat 80, a tamże przejść się do pierwszego lepszego polskiego domu, wyjąć z zawiasów te takie białe drzwi ze szklanym okienkiem, co to wszyscy je w chałupie mieliśmy, a co najmniej połowa z nas je choć raz w życiu stłukła, poprzyklejać na to okienko jakieś zdania wycięte z gazety, a następnie wziąć te drzwi w ręce, i voila, jesteś czytnikiem!

No nie ma za co.

Przyjrzyjmy się teraz procesowi zostawania książką tradycyjną. Do tego potrzebować będziemy dwóch pudeł podobnej wielkości, które to pudła należy sobie nałożyć odpowiednio na lewą stronę człowieka, a następnie na prawą stronę człowieka. Wewnętrzne części naszej konstrukcji oblepiamy tekstem pisanym dowolnego rodzaju, może to być nawet i lista zakupów, ewentualnie instrukcja obsługi tostera, wciąż będzie to lepszy wiersz biały niż zdecydowana większość współczesnej polskiej poezji. Na przyjęcie przychodzimy z wyprostowanymi rękami złączonymi przed sobą i pozostajemy w tej pozycji do czasu napotkania jakieś pięknej gazeli na tym randkowym padoku. Wtedy też, w kulminacyjnym momencie, by podkreślić szczerość naszych intencji, rozkładamy szeroko ręce i oznajmiamy, że proszę, nie mamy nic do ukrycia, można z nas czytać jak z otwartej księgi.

No teraz to tym bardziej nie ma za co.

Punktacja:
Łatwość wykonania przebrania: czytnik 1 – książka 0.
Osiągnięcie efektu splendoru: czytnik 0 – książka 1.

Kategoria 2: Opiekunka dla kota.

Wszyscy znamy ten koszmar, kiedy to dzwoni twój szef i mówi, że on bardzo przeprasza, nie chciałby przeszkadzać, niemniej on uważa, że trzy lata urlopu kocierzyńskiego to już jakby za dużo i byłoby mu bardzo miło, gdybyś jednak pojawił(a) się w pracy. Po pierwszym szoku i pierwszych trzydziestu wiadrach wylanych łez, czas się zastanowić w jaki sposób można zająć czas kotkowi podczas naszej nieobecności. Słuszna odpowiedź jest tylko jedna – otóż należy dać naszemu puchatemu szczęściu do poczytania „Idiotę” Dostojewskiego. Czaicie? Dać kotu „Idiotę” Dostojewskiego. Bo tam występuje Książe MYSZkin, ha ha.

Mój kot, czytający o księciu Myszkinie i będący szalenie rozczarowany, że to nie książka kucharska
Nie no, serio, gdzie te przepisy?!

I teraz teraz obawiam się, że starcie „Idioty” w wydaniu papierowej i elektroniczne będzie krótkie niczym mój pojedynek z własną silną wolą przy witrynie w cukierni. No bo wiecie jak jest: „Och, z chęcią poprzerzucam strony i zmęczę łapkę” to powiedział żaden kot nigdy. A taki czytnik to aż się prosi o kocią aprobatę – można pacnąć łapą, a stronę przesunie, za to nigdy nie kotu odda, a jeszcze przy przerzucaniu strony literki tak migają miło jak szprotki w jeziorze.

Punktacja:
Zabawianie kotka: czytnik 1 – książka 0.

Czytnik InkBOOK jest tak lekki, że w ogóle nie męczy kocich łapek
Strony właściwie przerzucają się samą, czyli działają dokładnie tak samo jak samonapełniająca się kocia miska

Kategoria 3: Sposób na podryw.

Dobra tam, niech pierwsi rzuci pączkiem, kto kiedyś nie jeździł tramwajem udając, że czyta „W poszukiwaniu straconego czasu” w oryginale tylko po to, by zaimponować pewnemu przystojnemu współtowarzyszowi podróży. Pomysł ten jest wyborny z wielu różnych powodów – po pierwsze, ćwiczy cierpliwość, po drugie – ćwiczy bicepsy, no bo nikt w porę nie powiedział Proustowi, że dajże spokój, Marcel, przestań się wygłupiać i już przestać pisać.

W tej kwestii czytnik oszczędzi nam bardzo wiele zbędnego wysiłku fizycznego, albowiem jest miło lekki i niewielki, właściwie mieści się w dłoni, a jego waga szczęśliwie nie wzrasta wraz z liczbą książek. Zazdro. Też bym chciała, by mi waga nie wzrastała wraz z liczbą zjedzonych serników. Niemniej nie ukrywajmy, to rozwiązanie ma też pewne wady – czytanie na czytniku pozbawia możliwości powiadomienia całego świata za pomocą okładki, jakie to dzieło intelektualnego splendoru właśnie czytamy. Co w sumie bywa całkiem przydatne, gdy tym dziełem jest na przykład książka Paulo Coelho, bo akurat przegrałeś zakład z kumplami z akademika, a życie cię nienawidzi.

Punktacja:
Wywoływanie efektu intelektualnego splendoru: czytnik 0 – książka 1
Unikanie zbędnego obciążenia fizycznego mięśni ramion: czytnik 1 – książka 0

Mój boże, cóż za wyrównany mecz! Moglibyśmy kontynuować go dalej, no ale musielibyśmy najpierw włączyć endomondo, no bo skoro mecz, to jednak sport, a jak sport to jednak osiągnięcie, nie mówię, że to od razu zasługuje na oklaski, no ale dyplomem bym nie pogardziła. No a poza tym, to ja tak naprawdę kibicuję obu drużynom. Zupełnie jak w cukierni, ewentualnie w monopolowym – tu wszystko jest pyszne!

Mam sobie czytnik, o taki właśnie , i on jest miły mojemu sercu w chwilach, gdy trzeba mi jakiejś książki w ojczystym języku albo gdy sobie lecę gdzieś daleko (na przykład do kurortu Modlin) i muszę oszczędzać miejsce w bagażu na pamiątki dla męża, to jest zwoje kiełbasy. No i lekki jest, więc to nie jest tak, że w połowie czytania muszę wypić wiadro izotoniku, by zapobiec odwodnieniu organizmu spowodowanego nadmiernym wysiłkiem. Ale książki papierowe też lubię, no trudno, co zrobić, lubię po nich bazgrać i kolorowe zakładki lubię, nie mówiąc już o tym, że mi wspaniale pasują do podkładki z kota.

Unikalna podkładka pod książkę z funkcją mruczenia i grzania paluszków

A więc uwaga, przedstawiam wyniki mojego zaawansowanego testu, oto moja opinia eksperta – z czytnikami i książkami papierowymi, jest jak z ptysiam i pączkiem. Po co wybierać, gdy można mieć obie?