Przychodzi dziś do mnie mój szef i pyta mnie, czy nie chciałabym reprezentować Instytutu na jakimśtam spotkaniu w jakimśtam polskim stowarzyszeniu, na którym to spotkaniu odbędzie się debata na temat tego, czy Polacy w Irlandii są uciskani i dlaczego tak, a potem odbędzie się występ w wykonaniu zespołu tańca ludowego “Stokrotki”, a potem będzie darmowy poczęstunek, a ja go pytam czy dobrze rozumiem, że mam iść w miejsce, w którym część ludzi-Polaków będzie narzekać, druga część robić z siebie kompletnych idiotów, a pozostali wynosić darmowe ciasteczka w kieszeniach, bo jeśli tak, to to brzmi jak dzień jak co dzień w polskiej polityce i ja nie po to pozbyłam się telewizora, żeby przeżywać to piekło na żywo, a on wtedy pyta czy w takim razie nie chciałabym wziąć udziału w szkoleniu z szukania książek w bibliotece, a ja mu na to mówię, że musi mi natychmiast przestać składać kolejne propozycje tego typu, bo ja już przy tych dwóch nie potrafię się zdecydować, z której szydzić bardziej, a on wtedy mówi, że to się świetnie składa, że nigdzie się nie wybieram i mam wolny czas, i że w takim razie zaprasza mnie do poprowadzenia zajęć z podstaw statystyki dla studentów różnych dyscyplin.

tumblr_mckhtc2wcG1re82s3o1_400

Ja generalnie jestem wielką zwolenniczką tego, by studenci różnych dyscyplin zapoznawali się z koleżanką statystyką, niemniej pomysł ten podobałby mi się znacznie bardziej, gdyby zapoznawali się z nią bez mojego udziału. I tak na przykład w zeszłym roku, gdy kazałam studentom filozofii zakodować zmienną dychotomiczną do regresji, w której to zmiennej – według wszelkich praw matematyki – 0 miało oznaczać ludzi bez wykształcenia, a 1 ludzi z wykształceniem, to studenci odmówili, bo uznali, że to, że ktoś nie ma wykształcenia nie oznacza od razu, że jest zerem. Studentom religioznawstwa zaś przygotowałam zadanko tematyczne, na podstawie którego doszli do jedynego słusznego wniosku, że im bardziej człowiek jest religijny, tym bardziej staje się bezrobotny, co nawet nie bolało mnie aż tak bardzo jak fakt, że byli w stanie napisać na ten temat kilkustronicowy esej. Nie mówiąc już o tym, że za każdym razem, gdy wzywałam imię Pana Boga na daremno, to pytali mnie którego Boga dokładnie mam na myśli?

Więc mówię mojemu szefowi, że ja zupełnie nie rozumiem dlaczego to ja zawsze muszę prowadzić te wszystkie zajęcia, od których krwawią mi uszy, pęka serce i wybucha mózg, i że jestem już bardzo blisko posądzenia go o dyskryminację na tle narodowościowym, a żeby upewnić się, że wygram, to jeszcze zostanę na tę okoliczność lesbijką, a potem znajdę sobie jeszcze jakąś niepełnosprawność i wtedy on już nigdy nie wyjdzie z więzienia, a on na to mówi, że to się doskonale składa, że jestem taka obeznana w sprawach politycznej poprawności i dyskryminacji, bo przy okazji przyszedł mi powiedzieć, że pani z wydziałowej rady etyki bardzo chcę się ze mną zobaczyć.

OK, powiedzmy to sobie szczerze – to zaproszenie do rady etyki nie zdziwiło mnie wcale. Raczej spodziewałam się, że to tylko kwestia czasu. Posiadałam dwa potencjalne wyjaśnienia tej sytuacji, oba tak samo prawdopodobne:

Wyjaśnienie 1: Mój szef nauczył się płynnie mówić po polsku i tym samym zaczął rozumieć wszystkie moje komentarze, które wygłaszam na korytarzach instytutu
Wyjaśnienie 2: Moi studenci dostali się do mojej głowy i otrzymali dostęp do wszystkiego, co o nich myślę, gdy czasem czytam ich prace zaliczeniowe

Gdy jednak dotarłam na miejsce to rzeczywistość okazała się znacznie bardziej dramatyczna niż wszystko, co powyższe i wszystko wskazywało na to, że generalnie to już mogę zacząć się pakować do więzienia wraz z moim szefem. Chodziło mianowicie o jedno z pytań, które zadałam w ankiecie, którą to ankietę chciałam następnie niecnie rozesłać pośród nie spodziewających się niczego, zupełnie niewinnych członków irlandzkiego społeczeństwa, w celu – no jakżeby inaczej – zrujnowania im życia. Pytanie wyglądało tak:

11139663_10204204065767798_1023022349_n

No pani z etyki nie była zadowolona, ewidentnie widać było w jej oczach rozczarowanie moją postawą i frywolnością w podejściu do spraw najważniejszych. No ona już wiele rzeczy w życiu widziała, ale żadną miarą zrozumieć nie mogła skąd we mnie tak wiele nienawiści względem drugiego człowieka, skąd tyle determinacji by burzyć spokojne życie moich bliźnich i gwałcić ich poczucie bezpieczeństwa. A gdyby to pytanie – pytała mnie pani od etyki – przeczytała kobieta, która nie chodzi w sukienkach i przez to poczuła, że nie jest prawdziwą kobietą? A gdybym tak zadała je mężczyźnie – kontynuowała twardo – który nie utożsamia się z tradycyjnymi męskimi rolami płciowymi i tym samym podkopała jego spójne poczucie tożsamości? Pani w ogóle nie mogła zrozumieć skąd we mnie tyle nienawiści ku inności, skąd taka nonszalancja w podejściu do tematu, chociaż ja osobiście uważam, że to był zupełnie niesprawiedliwy zarzut, bo ja akurat o byciu innym to wiem absolutnie wszystko, jeśli mi nie wierzy, to zapraszam ją gorąco na moje cotygodniowe występy na uczelnianym basenie.

Nie znalazłam dla tej miłej pani ani słowa wyjaśnienia na moje nieprzemyślane zachowanie. Ponieważ jednak ja zupełnie nie mam w tej chwili czasu na siedzenie w więzieniu, to postanowiłam sprawę szybko rozwiązać i przyrzekłam pani zmienić to obrazoburcze pytanie, jak również już nigdy nie organizować zamachu stanu na narodowe poczucie płciowej tożsamości. Ponadto, jako człowiek niekompetentny by samodzielnie podejmować tak ważne decyzje, podczas następnego spotkania pracowników projektu zobowiązuję się zorganizować brainstorming w celu uzgodnienia w jaki sposób zadać pytanie o płeć tak, by nikogo nie doprowadzić do płaczu. No, a potem okazało się, że mnie chyba rzeczywiście diabeł opętał i Boga w sercu nie mam, bo na dźwięk ostatniego zdania pani z etyki zesztywniała, rozejrzała się nerwowo na boki, a potem wyjaśniła mi, że przecież nie wolno mówić brainstorming, bo to wyrażenie obraża ludzi chorujących na epilepsję.

Oh, cóż za ironiczna gra losu, że postanowił wysłać mnie, człowieka z dzikiego kraju bez zasad, do irlandzkiej doliny politycznej poprawności. To tak jakby wziąć zebrę, wysmarować ją całą masłem i wrzucić na wybieg dla lwów. Przyjęłam więc do wiadomości, że od dziś nie wolno mi urządzać brainstormingów. Wolno mi natomiast rysować mind maps albo organizować thought showers, chociaż z tym drugim to ja się niekoniecznie zgadzam, bo uważam, że wyrażenie thought showers może być obraźliwe dla osób cierpiących na deficyty myślenia. A przecież takie osoby też mają prawo normalnie funkcjonować – zakładać rodziny, grać w golfa, pracować i wymyślać nowe przepisy ku chwale politycznej poprawności.